Szkoła nie tylko na wesoło

Nie wiem czy każdemu przydarzają się – post factum – humorystyczne skojarzenia ze szkołą? Roboczo zakładam, że tak, choć zrozumiem też, jeśli ktoś w tym momencie pomyśli o mnie szpetnie, zaklnie siarczyście lub – za przeproszeniem – obficie splunie.  Post factum szkoła wygląda zupełnie inaczej niż „in-factum”. O różnicy spojrzeń i wrażeń decyduje wolność od szkoły. Wolność i dystans budują szerszą perspektywę postrzegania tego tematu. Chodzi mi o rzeczywistą wolność i rzeczywisty dystans emocjonalny a nie jedynie dystans czasowy, który objawia się progresją neurotycznej agresji.

Dawnymi czasy (’80, początek ’90) szkoła nie była miejscem szczególnie medialnym. Ogromna większość szkolnych zdarzeń pozostawała słodką/gorzką (*niepotrzebne skreślić) tajemnicą poszczególnych zespołów klasowych lub – w poważniejszych sytuacjach – szkół. Kiedy nauczyciel historii powiedział licealistom coś ciekawego, np. „cholera, wam już nie można obniżyć poprzeczki, wam trzeba ją zakopać!”, uczniowie przekazywali sobie to w zaufanych kręgach znajomych odbiorców, odtwarzając kontekst wypowiedzi. Grupa docelowa takich komunikatów była ograniczona, zasięg tego typu newsa też był więc ograniczony. Szkolne społeczności były na swój sposób hermetyczne w tej dziedzinie. Jakimś sposobem rozpowszechniania informacji były tradycyjne szkolne ławy – te starsze można było przecież czytać niemal jak komiksy.  W osobistych zeszytach też się rysowało i pisało, zjawisko trwa z resztą nadal, ale to niezmiennie raczej twórczość prywatna.

Nie tylko nie wypadało kiedyś wynosić pewnych spraw na zewnątrz szkoły ale też nie było skutecznych narzędzi, aby twórczość ilustrującą tego typu sytuacje upowszechniać bez ograniczeń. To były dawne czasy, kiedy nie było facebooka i itp. środowisk, nie było platformy youtube.com, nie było telefonów komórkowych – nie było więc narzędzi, nie było precedensów. Pierwszą medialną burzę szkolną, jaką dobrze pamiętam, wywołało upublicznienie filmiku z toruńskiej budowlanki, na którym grupa uczniów znęca się w czasie zajęć nad nauczycielem, m.in. wkładając mu na głowę kosz na śmieci. Sprawa była naprawdę głośna, nie wiem też czy nie była precedensowa, jeśli chodzi o temat nagrywania obrazu i dźwięku podczas lekcji. Uczniowie szybko uznali, że wrzucanie „śmiesznych” materiałów do Internetu zapewnia sławę i dobrą zabawę – dwa w jednym. Choć, jak pamiętam, czasem takie wybryki kończyły się niestety tragicznie.

Dziś sytuacja wydaje się już lepsza. Nie tylko dlatego, że potencjalni nagrywani mają świadomość, że nie zna się dnia ani godziny, więc trzeba mieć się na baczności. Norma stanowi dziś, że jedynie ujawnianie sytuacji kryminogennych/kryminalnych jest akceptowalne. Filmiki czy zdjęcia z burackich wybryków młodzieży nie są dziś na ogół przedmiotem zainteresowania szerszego niż grono rówieśników. O ile nie łamią prawa, bo wówczas grono potencjalnych widzów rutynowo poszerza się o przedstawicieli organów ścigania.

Tym, co może dziś wzbudzać zainteresowanie jest klasyka – humor zeszytów szkolnych. To też jest dziś forma zabawy i też można zyskać dzięki takim publikacjom jakiegoś rodzaju sławę ale przy odrobinie wysiłku, osadzając swoją twórczość w minimalnych standardach intelektualnych, można zyskać także szacunek. Można stać się przedmiotem ćwiczeń studentów pedagogiki, można pokazywać jak nietypowo inspiruje matematyka, można być – niechcący – źródłem wiedzy o sekretach domu rodzinnego lub dać obraz mentalności uczniów u progu obecnego milenium, a czasem po prostu pokazać artystyczne talenty. Także zacięcie epickie samych nauczycieli, sporządzających różnego rodzaju notatki, raporty, uwagi – to łakomy kąsek dla potencjalnych odbiorców, choć tego typu tekstów przecieka na zewnątrz niezwykle mało…  Przy okazji – mam wrażenie, że autorami dużej części tych publikacji są właśnie nauczyciele (w odniesieniu do najmłodszych autorów podejrzani mogą bowiem być jeszcze tylko rodzice). Motywacja publikowania w Internecie tego rodzaju twórczości jest dziś podobna do tej z dawnych czasów, choć poza zabawą, wyraźną rolę zaczyna odgrywać wątek edukacyjny: dzięki tym obrazkom można się też czegoś nauczyć. Dla rozsądnego zbieracza taki materiał w odniesieniu do określonej populacji, stanowić może przedmiot ciekawych badań i cenne źródło dodatkowej wiedzy. Nie zdziwiłbym się, gdyby już istniały naukowe opracowania tego zagadnienia, choć sam akurat takich nie znam. Ciekawe jak zatytułowany byłby taki doktorat i z jakiej byłby dziedziny?

Komentarze

  1. Luty 13, 2015

    Przybygniew Odpowiedz

    Brawo dla autora

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>