Tempus

Dawno temu, na przełomie czasów licealnych i studenckich, kiedy leżałem w szpitalu, lekarka prowadząca, stojąc przy moim łóżku, podczas jednego z obchodów powiedziała do ordynatora „tutaj proszę jeszcze o trochę tempusu”. Pan ordynator ze zdziwieniem pokiwał głową i zapytał donośnie „taaak?”. Po czym przeszedł dalej. Brzmiało to mniej więcej tak, jakby lekarka chciała uzyskać dla mnie jeszcze trochę jakiegoś lekarstwa o tajemniczej nazwie „tempus”. Mogło chodzić o zwiększenie dawek lub o sam rzadki specyfik, który przy nieco dłuższym stosowaniu powinien przynieść spodziewane rezultaty. Prawda była tymczasem inna: ona nie wiedziała, co mi jest i potrzebowała tego tempusu dla siebie. Dostała go trochę, ale mimo tej dawki, rezultaty medyczne tamtej hospitalizacji pozostały niejasne. Nimb tajemnicy szczelnie okrył przyspieszoną pracę mojej strategicznej pompki. Ale wciąż działa, więc może wtedy nie działo się nic poważnego?

Wiele razy stykałem się z tempusem. Kiedy ekspedientka w domu towarowym, pierwszy raz zwróciła się do mnie per „pan”, nie od razu załapałem, że to do mnie. Naprowadziła mnie tym zwrotem na myśl następującą, że oto mimo umysłowego constans, sprawy nieodwołalnie idą naprzód. Kiedy wreszcie zaopatrzyłem się w piankę i maszynkę i drżącymi ręcyma wykonywałem pierwsze pociągnięcia z włosem i pod włos, byłem pewny, że na to jeszcze za wcześnie. Choć gęba w lustrze, jakby jej nie oglądać, porastała delikatną szczeciną, zmieniała się. Kiedy zacząłem mieszkać i żyć na własny rachunek, wtedy przyjąłem końską dawkę tempusu. Od wtedy nie mam wątpliwości, że trzeba kontrolować egzystencjalny tempus – brak świadomości może przynieść konsekwencje nieodwracalne, dobre lub złe. Ale z przyczyn różnych zdarzało mi się o tempusie zapominać – sporo się u mnie podziało tak, jakby tempus nie istniał. Kilka razy dochodziło wprawdzie do różnego rodzaju i różnej intensywności błysków świadomości, ale były one skutecznie zwalczane mechanizmem wyparcia albo gradacją ważności wrażeń, w szeregu których tempus jawił się jako urojenie.

Wiele wskazuje na to, że tamte stany przejściowe mijają. Ostatnio dociera do mnie prawda o tym, że tempus jest bezlitosny. Daje o sobie znać w taki sposób, że nie da się dłużej żyć tak, jakby go nie było, nie da się udawać, że go nie ma, nie da się obiecywać, że przyjdzie później czas na… poczucie tempusu. Dawki i skutki tempusu nie są już teraz aż tak przełomowe, jak przy pierwszym samodzielnym zamieszkaniu i inicjacjach dorosłego życia, ale niezmiennie docierają do świadomości. Wszystko za sprawą synów, którzy stają się coraz starsi. Wraz z nimi pojawiają się nowe albo nienowe, ale w nowej odsłonie horyzonty, perspektywy i pomniejsze kwestie. Z nich wszystkich najmocniej oddziałuje nieodwracalność: każda dawka tempusu przeżyta czy stracona jest przede wszystkim bezpowrotna. Tempusu jest coraz mniej, a w dodatku, żeby nie mieć poczucia, że się go traci, trzeba się nim dzielić. Powstaje jakieś nieznane wcześniej napięcie między zachowaniem dawki dla siebie, a oddaniem jej innym. Szkoda tempusu – pora kończyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>