Ty nie bądź taki święty!

„Ty nie bądź taki święty!” – można usłyszeć nie raz, nie dwa, w szczególności wtedy, kiedy chce się postąpić inaczej niż oczekuje otoczenie. Po tej sentencji następuje zwykle uśmiech i dochodzi do jakiegoś kompromisu. Dawniej tak nie było: żadnych uśmiechów i żadnych kompromisów. Były takie czasy, kiedy w grze o prawdę stosowano rozwiązania bardzo radykalne. Np. chrześcijanie w niektórych okresach dziejów starożytnego Rzymu byli stawiani wobec dramatycznego dylematu: wyrzeczenie się swojej wiary albo śmierć. Te czasy niestety wracają choć „na szczęście” na razie nie u nas. Wracając od Rzymu – owo wyrzeczenie się wcale nie musiało być wówczas spektakularnie bluźniercze, dziś moglibyśmy nawet poddać w wątpliwość, czy to aby na pewno było wyrzeczenie się. Często należało jedynie nasypać parę ziarenek kadzidła na rozżarzone przed posągiem bożka węgle i dyskretnie dygnąć – to już wystarczało, aby otrzymać stosowne zaświadczenie (libellus) i zyskać święty spokój. Sytuacja nie była czarno – biała. Odmowa nasypania ziarenek nie zawsze była karana śmiercią, komisje weryfikacyjne były podatne na korupcję…

Trudne to były czasy. Nie sądzę, żeby chrześcijanie już wówczas, np. w drodze do- lub po odejściu sprzed takiej komisji weryfikacyjnej, mówili do siebie „ty nie bądź taki święty”. Zbyt poważnie traktowali swoją wiarę. Wielu z nich oddało wówczas życie, bo nie potrafili znaleźć uzasadnienia dla wysypania tych paru ziarenek przed posągiem i dla tego dygnięcia. Aż ciarki przechodzą po plecach, gdy myślę co ja bym zrobił na ich miejscu…

Wśród tych, którzy oddali wówczas życie za to, że wierzyli „w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny amen” byli dorośli ale była i młodzież. Czasem myślę, że tamci chrześcijanie mieli coś wspólnego z warszawskimi powstańcami z 1944. Oni po prostu musieli tak postąpić, nie było innej drogi. Myślę też, że śmierć tak wielu chrześcijan w dawnych wiekach jest socjologicznym dowodem na prawdziwość naszej wiary. Czy oni wszyscy bez wahania odmawialiby sypania ziarenek kadzidła, gdyby mieli wątpliwości, czy Jezus naprawdę umarł i zmartwychwstał? Gdyby wiara była dla nich kwestią intelektualnych rozważań, na pewno rozważyliby różne scenariusze swojej przyszłości. Nie da się wykluczyć, że część z naszych poszła na jakieś kompromisy w tych trudnych czasach ale gdyby oportunizm był zjawiskiem dominującym, adwersarze nie omieszkaliby wytknąć tego i rozgłosić. Nie znam tego typu zarzutów.

Opisy śmierci ówczesnych chrześcijan są bardzo drastyczne. Niektóre zachowały się w ikonografii (obraz św. Sebastiana przebitego strzałami), inne przeniknęły do pieśni kościelnych („smaży się święte twe na kracie ciało” – to z pieśni o św. Wawrzyńcu), jeszcze inne stały się źródłem zwyczajów, które żyją własnym życiem (św. Walenty). Także śmierć św. Cecylii miała być szczególnie drastyczna, nie tylko dlatego że została ostatecznie zadana przez ścięcie. Najpierw Cecylia, ze względu na swoje pochodzenie (ród senatorski) miała być zgładzona dyskretnie poprzez uduszenie w rozgrzanej gorącymi węglami łaźni. To się jednak nie powiodło. Zarządzono więc ścięcie. Wobec trzykrotnie bezskutecznego uderzenia mieczem, a prawo zabraniało wymierzać więcej niż trzy ciosy, egzekutor zostawił Cecylię, która konała jeszcze przez dwa dni. Przyczyną skazania była jej ostentacyjna wiara: podobno m.in. ze szczególną gorliwością grzebała ciała męczenników. Nawróciła męża, szwagra, żołnierza, który wymierzał jej ciosy mieczem i pewnie także wielu innych w wierze umocniła. Przez przypadek, a raczej przez tłumaczeniową pomyłkę została patronką muzyków kościelnych i to dopiero w średniowieczu. Tekst formularza mszalnego przeznaczony na dzień jej wspomnienia brzmiał: „Candentibus organis Caecilia in corde suo soli Deo decantabat, dicens: Fiat cor et corpus meum immaculatum!” Co znaczy: „Przy żarzących się narzędziach Cecylia w sercu swoim chwaliła Boga mówiąc: Niech serce i ciało moje pozostaną nieskalane” (tłumaczenie osoby po 3 latach łaciny, ocena końcowa „3+”). Tekst odnosi się więc wyraźnie do jej śmierci. Tymczasem w niejasnych okolicznościach „candentibus” zastąpiono słowem „cantatibus”, a „organis” z narzędzi stały się organami – w sensie kościelnego instrumentu muzycznego. Tekst o męczeńskiej śmieci zyskał kontekst muzyczno – religijny. Podmiana trafiła na podatny grunt, temat podchwycili pobożni kaznodzieje, malarze, inni duchowni, kompozytorzy, potem także działacze – twórcy towarzystw cecyliańskich, i tak już zostało.

Św. Cecylia jest patronką muzyków kościelnych. Niektórzy mówią, w konwencji specyficznego humoru, że końcówka życia patronki dobrze koresponduje z charakterem posługi dzisiejszych muzyków kościelnych, którzy zdani na łaskę i niełaskę proboszczów, rozmaite męki cierpią. To możliwe. Ale równie często to organiści mogą zadawać ból uczestnikom liturgii swoją twórczością. „Ty nie bądź taki święty!” – chciałoby się powiedzieć do tych muzyków kościelnych (i muzykantów), którzy uparcie trwają w opozycji do swoich proboszczów. Radykalizm w którąkolwiek stronę jest tutaj zupełnie nie na miejscu. Muzyka liturgiczna nie jest przedmiotem wiary, dlatego daje możliwość zawierania rozsądnych kompromisów. Dramatyczne dylematy wierzących istnieją także dziś ale nie należy szukać ich w nutach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>