Uwaga! Rodzic w szkole!

W okresie nauki szkolnej, a więc także w każdym dniu pobytu w szkole, uczeń nie przestaje być dzieckiem swoich rodziców (podopiecznym swoich opiekunów). Nauczyciele, a zwłaszcza dyrektor szkoły, ponoszą w pewnym zakresie odpowiedzialność za bezpieczeństwo powierzonych ich opiece dzieci ale w żadnym razie nie nabywają do nich – jakkolwiek to zabrzmi – żadnego prawa własności. To tak tytułem przypomnienia tego, co oczywiste i co zarazem wynika z przepisów, a przede wszystkim ze zdrowego rozsądku. Pewne kontrowersje powstają ze względu na dysponowanie przez szkoły czasem wolnym uczniów. Wszelkiego rodzaju zadania domowe, a tym bardziej zadania angażujące rodziców, są mocno kontrowersyjne i jest to najłagodniejszy przymiotnik, jaki przychodzi mi w tej chwili o głowy. Ale ten temat kiedy indziej.

Życie przynosi mnóstwo sytuacji, w których zdrowy rozsądek w relacjach rodzice – szkoła nie jest stosowany jako narzędzie pierwszego kontaktu. Zdarzają się rodzice, którzy nadmiernie eksponują swoją oczywistą władzę rodzicielską nad dziećmi, a skutkiem tych wyolbrzymień są sytuacje trudne dla obydwu stron (szkoła – rodzice), czasem konflikty. Dochodzi do nich wtedy, kiedy rodzicielskie wyobrażenie dobra dziecka-ucznia, jest w istotny sposób modyfikowane przez nauczyciela-szkołę. Rodzic asertywny prosi w takiej sytuacji nauczyciela o rozmowę ale rodzic – jaskiniowiec, który nie lubić rozmawiać, chwyta maczugę i wali (np. pisze do kuratorium albo wzywa TVN).

Żeby jakoś unormować wzajemne relacje rodziców i szkoły wymyślono „rady rodziców”. Obowiązująca obecnie ustawa o systemie oświaty mówi, że rada rodziców może występować do dyrektora i innych organów szkoły (np. do rady pedagogicznej), organu prowadzącego szkołę (urząd miasta) oraz organu sprawującego nadzór pedagogiczny (kuratorium oświaty) z wnioskami i opiniami we wszystkich sprawach szkoły. Ten zapis otwiera gigantyczny zakres możliwości, który w innych artykułach tej ustawy jest doprecyzowany. Przykładowo, rada rodziców może uchwalać (w porozumieniu z radą pedagogiczną) program wychowawczy szkoły, może opiniować wiele kluczowych szkolnych dokumentów, może brać udział w podejmowaniu ważnych dla szkoły decyzji. Przepisy dają rodzicom, działającym w radzie rodziców, bardzo szerokie możliwości rzeczywistego wpływania na życie szkoły.

Wg mojej wiedzy niewiele jest jednak rad rodziców, które korzystałyby z więcej niż 10% możliwości, jakie stwarza im prawo. Rady są bierne z dwóch powodów, które zwykle występują łącznie, choć każdy z nich w różnym natężeniu. Po pierwsze nie chce nam się wpływać na życie szkoły, po drugie nie jesteśmy do końca świadomi możliwości, jakie daje nam prawo. Brak chęci – ludzka rzecz, w końcu szkołę prowadzą zawodowcy i na ogół dają radę. A brak świadomości? Bo kto z nas czyta na bieżąco ustawę o systemie oświaty wraz z komentarzami i orzecznictwem? Nikt. Więc jakoś to wszystko toczy się bez nas.

Zdarzają się jednak momenty, kiedy podejmujemy próby wpływania na sprawy szkoły. Zgodnie z ustawową gwarancją możemy występować z wnioskami we wszystkich sprawach dotyczących szkoły. „Wszystkich” należy rozumieć ściśle, tzn. wszystkich: od papieru toaletowego w ubikacjach po wnioski z analizy wyników nauczania. Rady rodziców nie należy jednak mylić z radą nadzorczą, a składania wniosków z wydawaniem dyspozycji. Prawo zachęca rady rodziców do nowoczesnych, partnerskich relacji ze szkołą, a partner powinien coś wnosić. Krytykant, wytykacz, narzekacz – niczego nie wnosi, to na pewno nie ten partner, o którym napisano w ustawie. No i jeśli partnerstwo ma być trwałe – partnerzy powinni traktować się po partnersku.

Tym jakże błyskotliwym zdaniem skończyłbym myśl, gdyby nie mały dodatek, który nasuwa mi się od jakiegoś czasu. A propos partnerstwa. Bo czasem bywa też tak, że to nauczyciele nadmiernie rozciągają swoje uprawnienia pedagogiczne, które przecież są ograniczone do czasu i miejsca wykonywania obowiązków służbowych. Niektórym nauczycielom, że o dyrektorach nie wspomnę, trudno jest profesjonalnie odmierzyć i zachować dystans między powierzonym zakresem obowiązków a powierzonymi młodymi osobnikami. Dlatego niektórzy preferują nauczanie totalne działając w myśl zasady „co, ja im nie dam rady!?”. Szybko zapętlają się potem w spirali wyobrażeń, oczekiwań, pretensji. Z domniemanych partnerów przeobrażają się w mesjaszów. Partnerstwo mesjasza z narzekaczem to zbyt ambitne wyzwanie…

Jeśli partnerstwo rodziców i szkoły ma być faktyczne, to bez masek, ról i podtekstów i bez wiecznego narzekania. No i żeby nam się chciało chcieć…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>