W rytmie roku (1)

Właśnie przeżyliśmy „kościelnego sylwestra” i świętujemy „kościelny nowy rok”. Nie obchodzimy tych dni tak, jak te, które za parę tygodni nadejdą ale zauważamy je. Liczba mnoga („zauważamy”) odnosi się w tym wypadku zwłaszcza do tych, którzy uczestniczą w pierwszą niedzielę adwentu w mszy św. W zależności od grupy docelowej, można na różne sposoby zapytać o zauważenie rozpoczynającego się adwentu w liturgii. Dzieci dostrzegą kolor szat liturgicznych i zauważą wieniec adwentowy, organiści użyją odpowiednich melodii psalmu responsoryjnego, księża nie zaintonują „Gloria” (przy okazji niechby się wytłumaczyli, dlaczego?). Wszyscy powinni jednak zwrócić uwagę na teksty mszalnych czytań. Pamiętam, że jakiś czas temu, kiedy prowadziłem parafialne adwentowe katechezy dla dorosłych, podczas ostatnich (4) zajęć poprosiłem uczestników o ułożenie z rozsypanki skserowanych tekstów, kompletów czytań i ewangelii na kolejne niedziele adwentu. Dali radę!

Jednym z najpiękniejszych owoców, jakie zrodziły się podczas wielu wieków rozwoju liturgii w Kościele, jest tzw. „Rok Kościelny”. Ta formuła to czytelny i pedagogicznie zorganizowany rytm wydarzeń religijnych. Zgodnie z życiowym doświadczeniem, są to wydarzenia powtarzalne tak samo, jak rocznice, jubileusze, na które się czeka, do których się przygotowuje, które się świętuje, po których trzeba się jakoś odnaleźć w tzw.  codzienności. Pedagogika całą gębą, nic tylko się poddać jej oddziaływaniu. Oczywiście łatwiej to napisać, trudniej tym rytmem żyć. W adwencie jest to paradoksalnie i stosunkowo łatwe i bardzo trudne zarazem. Łatwe jest wtedy, kiedy zostaniemy na poziomie czekania na Dzieciątko, trudniejsze – kiedy sięgniemy do opracowań. Przy czym nie trzeba sięgać za głęboko, bo to do życia niepotrzebne ale kilka podstaw należałoby przyswoić. Wówczas adwent odsłoni swoje nieznane, a bardzo ciekawe konteksty.

Adwent, jako okres w „Roku Kościelnym”, zrodził się na bazie starochrześcijańskiego oczekiwania na powtórne przyjście Chrystusa przy końcu czasów. Jezus zapowiadał Apostołom, że przyjdzie powtórnie i mówił, co wtedy będzie się działo ale Apostołowie nie mogli tego do końca ogarnąć, nawiasem mówiąc my także dziś nie możemy. Pierwsi chrześcijanie – w przeciwieństwie do nas – wydawali się jednak bardzo przejęci perspektywą powtórnego przyjścia Pana Jezusa. Kiedy to nastąpi – a byli przekonani, że raczej prędzej niż później – chcieli być gotowi. Nie chodzili na roraty, nie czekali na Dzieciątko tylko zupełnie serio czekali na powtórne przyjście Jezusa, czyli teologicznie rzecz ujmując czekali na tzw. paruzję, a potocznie – na „koniec świata”. Różny był poziom emocji towarzyszący temu oczekiwaniu ale niektórzy czekali bardzo mocno. List do Tesaloniczan jest przykładem prostowania przez św. Pawła zbyt wybujałych wyobrażeń o końcu czasów, jakie utrwaliły się wśród chrześcijan w tym mieście. Niektórzy wręcz przestali pracować, pewnie narobili zapasów, pozamykali się w domach, gapili się w niebo i bardzo konkretnie czekali na powtórne przyjście Jezusa.

Koniec świata, jego przebieg, data tego wydarzenia rozpalały umysły wielu ludzi na przestrzeni wieków, nie tylko chrześcijan. Także przecież za naszego życia, na przełomie tysiącleci mieliśmy wysyp sekt, które namawiały do różnych dziwnych i niebezpiecznych zachowań w związku ze zbliżającym się Armagedonem. Szkoda czasu na wyliczanie tych dziwactw, o najciekawszych trąbiły media. Ale – żyjemy!

Adwent chrześcijanina to czas na dostrzeżenie i przemyślenie najbardziej spektakularnej prawny naszej wiary – tej o powtórnym przyjściu Jezusa. Bo niezależnie od braku szczegółowych informacji jak? – gdzie? – kiedy? wierzymy przecież, że to nastąpi. Fragmenty Pisma Świętego, które Kościół podsuwa nam w tych dniach do rozważania, zwracają uwagę na konieczność bycia gotowym, kiedy On przyjdzie. Może nie aż tak gotowym, jak starożytni tesaloniczanie ale jednak jakoś gotowym. Pozostając w tym nurcie, chcąc nieco się przygotować do stanu bycia gotowym, zadawałem sobie swego czasu retoryczne pytania w stylu: a gdyby to był ostatni dzień, kiedy wychodzę do pracy – jakbym pracował? A gdyby to był ostatni niedzielny poranek w moim życiu – jakby on wyglądał? A gdyby to był ostatni dzień, który spędzam z rodziną – jakbym go spędził? A gdyby to była moja ostania spowiedź – jakbym się do niej przygotował? A gdyby to była ostania msza św., w której uczestniczę – jakbym w niej uczestniczył? A gdybym wiedział, że to były moje ostatnie urodziny – jakby one wyglądały? A gdybym wiedział, że po raz ostatni z kimś rozmawiam – jakbym prowadził tę rozmowę? A gdybym wiedział, że po raz ostatni piszę smsa do tego gościa – co i jak bym mu napisał? A gdybym wiedział, że po raz ostatni spędzam noc z żoną – jakby to wyglądało? A gdybym widział, że to ostatni wpis – jakbym go napisał?

Pamiętam też jedną z burzy mózgów na religii w szkole ponadgimnazjalnej. Polegała na szybkiej odpowiedzi na pytanie – co zrobiłbym, gdybym znał datę „końca świata” (z założeniem, że nastąpi to w bliskiej przyszłości). Odpowiedzi bywały przeróżne: od zaległych pobić przez spełnianie niespełnionych marzeń aż po dojrzałe gesty właściwe dla homo sapiens. Taka adwentowa gimnastyka wyobraźni jest szczególnie pożyteczna wtedy, kiedy umie się wyciągać z niej egzystencjalne wnioski. Na tę gimnastykę jest czas i miejsce w rytmie „Roku Kościelnego” – w Adwencie właśnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>