W rytmie roku: Upadać i powstawać – ludzka rzecz (3/14)

Dawno temu, w starożytnym Kościele, kiedy nie było jeszcze papieża ani katechizmu, gminy chrześcijańskie intensywnie i na własną rękę poszukiwały równowagi w ocenie moralnej ludzkich czynów: napięcie rozgrywało się między sprawiedliwością a miłosierdziem. Niektóre lokalne wspólnoty chrześcijan – przyjmuje się, że była to mniejszość – wysoko zawieszały poprzeczkę wymagań moralnych: skoro chrzest przyjmowało się w wieku dorosłym, a więc „wiedząc, co się czyni”, od wiernych wymagano absolutnej konsekwencji w dążeniu do świętości! Przebaczenie grzechu ciężkiego można było uzyskać tylko raz w życiu. Rygoryzm moralny polegał więc na tym, że tylko raz można było solidnie upaść i raz uczciwie się pozbierać. Tamci chrześcijanie, zdaje się, naprawdę wierzyli w naukę Ewangelii – takimi rozwiązaniami niejako wychowywali samych siebie (przymuszali się?) do życia w świętości, bez potknięć, bez wpadek. Spektakularne upadki wykluczały ze wspólnoty!

Dzisiaj, we współczesnym Kościele, po 2000 lat doświadczeń w równoważeniu napięcia między sprawiedliwością a miłosierdziem, kiedy mamy nauczanie papieży, dokumenty soborów i precyzyjnie opracowany katechizm, wspominam starożytne poszukiwania z szacunkiem. Gdyby dziś było tak, jak wtedy, gdyby po przyjęciu chrztu dopuszczalny był tylko jeden upadek i jedno nawrócenie, czyli gdyby przysługiwało prawo tylko jednokrotnej spowiedzi… obawiam się, że większość z nas zostawiłaby tę możliwość na później. Zostawiłaby ją wręcz na koniec, zakładając, że przed tym końcem zdąży się wyspowiadać. Stwarzałoby to dla nas dzisiaj potencjalne uzasadnienie dla zuchwałej wiary w Boże miłosierdzie. Raz w życiu, a zwłaszcza pod koniec, przysługiwałby bowiem swoisty uzgodniony deputat miłosierdzia niczym naturalny prysznic po dniu ciężkiej pracy.

Z szacunkiem dla poszukiwań naszych poprzedników, cieszę się z takiego rozwoju praktyki, który dopuszcza egzystencjalny rytm upadków i powstań. Współczesna praktyka nie znosi wprawdzie ryzyka zuchwałej wiary w miłosierdzie ani tym bardziej napięcia między sprawiedliwością a miłosierdziem – te wyzwania zostają. Zyskujemy możliwość uczciwej pracy nad sobą i (w pakiecie) dodatkowe napięcie (w odniesieniu do spowiedzi): między prawem a obowiązkiem…

Komentarze

  1. Marzec 3, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Oczywiscie zgadzam sie z panem w pelni ale na kazde zagadnienie mozna spogladac na rozne sposoby. Obecna praktyka wydaje sie lepsza, bardziej dojrzala, ale jednak sprawia, ze odpuszczenie grzechow kojarzy nam sie tylko i wylacznie z sakramentem, a tymczasem Bog nie jest sakramentem zwiazany, tak ze nie moglby udzielic owocu sakramentu poza nim. Jest to istotne w kilku drobnych sprawach, np. Kwestie komunii dla rozwodnikow widzimy jako wybor miedzy rozpacza (odpuszczenie grzechow nie jest mozliwe) a liberalizacja prawa.

  2. Marzec 4, 2015

    Gospodarz Odpowiedz

    Słusznie Pan zauważył, że Pan Bóg nie jest związany formułą sakramentu, to Boże ‚bycie ponad’ dotyczy też innych meandrów nie tylko formy ale treści kościelnego nauczania, i to jest bardzo optymistyczna konkluzja. Mam wrażenie, że niektórzy co bardziej zapalczywi ludzie Kościoła i ich komentatorzy o tym zapominają.
    Podoba mi się Pana ujęcie napięcia w sprawie komunii dla żyjących w związkach niesakramentalnych: ‚między rozpaczą a liberalizacją’ – myślę, że to będzie kluczowe napięcie w dyskusjach przedsynodalnych, a zapewne także synodalnych.

  3. Marzec 4, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Dlaczego uwaza pan, ze to sa zapalczywi ludzie? Rozsadni raczej. Spowiedz sakramentalna ma ta zalete, ze po spelnieniu materii i formy jest zawsze skuteczna, zatem mozemy miec niejaka „pewnosc” odpuszczenia grzechow. Stad tez rozsadne jest podkreslanie jej wartosci.

    Podczas dyskusji na temat komunii dla osob rozwiedzionych zyjacych w nowych zwiazkach dazy sie do skrajnosci. Jedni mowia, ze spowiedz nie jest mozliwa a zatem i komunia. Maja racje jednak przedstawiaja swoje zdanie tak jakby zamykalo to kwestie zycia chrześcijanskiego, nie potrafia wskazac jakiejs alternatywy. Z drugiej strony slyszymy propozycje jakis groteskowych rozwiazac, np. sugeruje sie zeby proboszcz mogl dopuscic takie osoby do sakramentu po wysluchamiu ich relacji z tego jak zwiazek sie rozpadl. Inni mowia, ze „rozwody koscielne” juz sa mozliwe. Twierdza ze juz teraz wiele spraw o stwierdzenie niewaznosci malzenstwa jest falszywa. Byly malzonek nie chce czymic trudnosci dlatego mowi co adwokat zaplanuje itd. Zwykle klamstwo. W takiej sytuacji osoby nie tylko grzesza klamiac ale swiadome sa tego, ze ich malzenstwo trwa nadal!

    Zamiast szukac tak dziwacznych rozwiazan nalezy siegnac do tego co Kosciol zna od dwoch tysiecy lat! Znamy nie tylko sakramenty ale i sakramentalia! Jednym ze sposobow ascezy (stosowany np. przez Augustyna) jest okresowe nieprzyjmowanie komunii (przyjecie tylko duchowe). Oprocz tego pozasakramentalne otrzymywanie owocow sakramentow. Zadne nowe dzialania nie sa konieczne.

  4. Marzec 5, 2015

    Gospodarz Odpowiedz

    A propos „materii i formy” sakramentu – dawno temu, kiedy odkryłem Tischnera, zaintrygowało mnie pytanie o to, co powstało po nałożeniu Arystotelesa, a potem Akwinaty na Ewangelię. Dziś już nie czuję tej kontrowersji choć pańska „materia i forma” przywołała echa tamtych refleksji.
    Wątek sakramentaliów wydaje mi się ciekawy, a mało jest podkreślany w dyskusjach na ten temat. Ale zgodzi się pan, że sakramentalia to trochę takie ‚miłosierdzie drugiego sortu’, to prywatne praktyki pobożnościowe, które mogą być zrozumiałe, adekwatne dla ludzi bardziej w wierze zaawansowanych. Spowiedź to jednak spowiedź, kiedy słyszę to sakramentalne ‚pukanie’ nabieram „pewności” że to dzieje się naprawdę. Nawiasem mówiąc znajoma ewangeliczka tak właśnie kiedyś powiedziała: wy katolicy macie dobrze, idziecie do konfesjonału, rozmawiacie z księdzem, potem on zastuka i macie pewność przebaczenia grzechów, a u nas gorzej: wszystko dzieje się między Bogiem a człowiekiem, w indywidualnej modlitwie, a w przebaczenie grzechów trzeba po prostu wierzyć. Do dziś to pamiętam.
    Nie mam gotowej konkluzji na temat komunii dla żyjących w powtórnych związkach ale skłaniam się ku jakiejś formie indywidualnego osądu każdego ‚przypadku’. Bo wyraźnie widać, że wrzucanie wszystkich do jednego worka prowadzi do absurdu: materia jednego sakramentu staje się zakładnikiem formy innego – może to są jednak te nieprzewidziane skutki mieszania Ewangelii z filozofią? :) Nie podoba mi się akademicko-fundamentalistyczne stawianie sprawy: nie, bo nauka Kościoła jest taka a taka. Liczę, że synod delikatnie uwzględni w tej nauce aspekt egzystencjalny. Nie jestem bezkrytycznym entuzjastą pomysłów niemieckich ale są mi bliższe z tego powodu, bo uwzględniają doświadczenia żyjących tam ludzi. Mam wrażenie, że wiele innych refleksje ma charakter zbyt doktrynalny, nie liczy się z rzeczywistością.

  5. Marzec 5, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Ale przeciez pod filizoficznymi terminami materii i formy kryja sie sprawy zupelnie oczywiste: wyznanie grzechow i slowa rozgrzeszenia. Filozofia nic nie ma tutaj do gadania. Dlaczego ma to byc milosierdzie drugiego sortu? Ich owocnosc zalezy od osobistego zaangazowania. Co moze nawet wydac sie bardziej odpowiednie dla wspolczesnego czlowieka, ktory lubi byc osobiscie zaangazowany.

    Irytuje mnie podejscie ludzi, ktorym wydaje sie chyba ze jestesmy nowa denominacja protestantyzmu (250 001!), ktora musi szybko opracowac nowe sposoby zachowania w roznych sytuacjach. Wspomnial pan o czasach gdy dopuszczano jedna tylko spowiedz. Przyjmowanie komunii bylo wtedy czyms nieczestym. Podobnie okres w dziejach gdy mie przyjmowano komunii z powodu dosyc fatalistycznej wizji kondycji czlowieka. Czy wtedy zbawienie bylo trudniejsze z powodu braku komunii?

    Znam mnostwo mlodych ludzi, ktorzy okresowo mieszkali razem przed slubem. Jezeli zmienimy nasza praktyke wobec takich zwiazkow mnostwo ludzi straci motywacje aby jednak pomyslec o slubie.

    Wierzymy, ze indywidualny grzech ma 3 skutki: niszczy relacje z Bogiem, jest wymierzony wobec samego grzesznika a takze oddzialuje na caly Kosciol (jezeli jedna komorka ciala jest chora to cale cialo cierpi z tego powodu). Analogicznie jest w tej sytuacji! Dopoki inni przyjmuja Komunie nie mozna tracic nadziei.

    Przed nadzwyczajnym synodem publicysci New York Times apelowali do biskupow, aby nie zmieniano praktyki wobec rozwodnikow. Argumentowali to m.in tym, ze jedynie katolicy w Ameryce opieraja sie jeszcze fali rozwodow.

    Co do Niemcow to niech zauwaza, ze ogromny wplyw na uch sytuacje ma sposob w jaki protestanci spogladaja na malzenstwo. Dla nich to nie jest zaden sakrament stad dopuszczaja jego rozpad.

  6. Marzec 6, 2015

    Gospodarz Odpowiedz

    Inspirująco pan pisze. Gdyby jednak założyć, że wszystkie możliwe postawy w dyskusji o komunii dla żyjących w związkach niesakramentalnych można sprowadzić do dwóch: oznajmującej i poszukującej, to – zdaje się – reprezentuje pan tę pierwszą, a ja skłaniam się ku drugiej. Pisanie o związkach niesakramentalnych wyłącznie w kategorii grzechu, co teraz wzmacniane jest jeszcze przez medialną kampanię, to gigantyczne spłycenie całego bogactwa ludzkich życiorysów. Czy życie w związku niesakramentalnym tak, jakby był to związek małżeński jest grzechem? Tak, jest. Aby jednak powiedzieć coś więcej na temat takiego grzechu, trzeba wniknąć w okoliczności konkretnego grzechu, konkretnej sytuacji. Być może czasem będzie to zło w czystej postaci, którego nie da się niczym usprawiedliwić ale czasem sytuacja będzie zupełnie inna: mimo że grzech pozostanie grzechem, to stopień jego powagi może być zdecydowanie inny. Nawet katechizm o niektórych grzechach pisze jako o ‚nieuporządkowaniu’ – a to jednak inna kategoria niż grzech śmiertelny. Bez uczciwego poszukiwania wyważonych ocen sytuacji konkretnych związków niesakramentalnych brniemy w sytuację w stylu „bez względu na to, czy ja ukradłem samochód, czy mnie ukradziono samochód – jestem zamieszany w kradzież samochodu” – taka konkluzja, mimo że prawdziwa, jest głęboko nieuczciwa.
    Myślę, że Kościół przeżywa dziś napięcie między samą tylko potrzebą oznajmiania prawdy o grzechu, jakim jest każdy związek niesakramentalny (co samo w sobie jest mało konstruktywne) a poszukiwaniem pomysłu na zróżnicowanie oceny moralnej związków niesakramentalnych, bo tego wymaga uczciwość.

  7. Marzec 6, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Dziwi mnie uszeregowanie mnie do grupy „oznajmujacej”. Uważam, że osoby, które żyją ponownie w nowym związku mogą mieć nadzieję na odpuszczenie grzechów poza sakramentem, że korzystają przecież z sakramentów przyjmowanych przez innych wiernych, że mają do dyspozycji sakramentalia, że mogą potraktować swoją niemożność przyjmowania komunii jako swoistą okazję do ascezy. To naprawdę jest tylko oznajmianie światu prawdy o ich grzechu a nie ma w tym ani odrobiny poszukiwania?

    Wiem, że pewne okoliczności zmniejszają odpowiedzialność za grzech. Niewiedza niepokonalna fizycznie, niewiedza niepokonalna moralnie, niewiedza pokonalna. O której mówimy w tym momencie?

    Obecnie znajdujemy się w dziwnej sytuacji. Zdecydowanym centrum naszego życia chrześcijańskiego jest eucharystia. Stąd też ten „zakaz” przyjmowania komunii wybrzmiewa tak dramatycznie. Ale przecież są inne możliwości swojego rozwoju duchowego.żyjący w ponownych związkach mogą całemu Kościołowi wskazać na nowo kwestie, których mówiłem. To jest ich doniosła rola na czas obecny.

  8. Marzec 6, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Jeszcze wspomniał pan o jakiejś kampanii medialnej, która akcentuje grzech rozwodnikow w nowych związkach. Kto prowadzi taka kampanie? Mam wrażenie kompletnie przeciwne. Teraz na przykład wchodzi ten nowy serial. Pani żyła nieformalnie z panem i mieli dziecko. Pewnego dnia pan odszedł do innej, ale po jakiś czasie zrozumiał swoje błąd i chce wrócić pani, która jednak ma już nowego konkubenta. To jest raczej bagatelizowanie problemu.

    Jak wyglądają współczesne formy życia wspólnego? DINKS- double income no kids. Żyjemy razem, jeden czynsz, opłaty jakoś niższe. Opłaca się.albo inaczej! Jesteśmy razem, weekendy spędzamy wspólnie ale tak to mamy osobne mieszkania i życie. Dyskutując o tych zmianach w praktyce Kościoła trzeba też zastanowić się nad tym jaki bedzie mialo to wpływ na ta współczesna modę.

    Wyobraźmy sobie sytuację, w której mąż zostaje porzucony przez żone. Tak nagle bez powodu. Podstępnie go zawiodła w celu zawarcia małżeństwa? Małżeństwo jest nieważnie zawarte! Nagle bez powodu sobie pojechała. Jest chora psychicznie. Prawdopodobnie małżeństwo jest nieważnie zawarte! Kościół odpowiedzialny jest za cały świat i przed całym światem ma świadczyć o tym co jest słuszne a co nie.

  9. Marzec 8, 2015

    Piotr Kunce Odpowiedz

    Wskazuje pan osobom żyjącym w powtórnych związkach sporo rozwiązań, jakie są możliwe w ramach obowiązującej praktyki duszpasterskiej. Takie wyliczenie, mimo że faktycznie szerokie i poniekąd innowacyjne („korzystanie z sakramentów przyjmowanych przez innych”), pozostaje zbiorem zamkniętym, który nie uwzględnia wszystkich możliwych sytuacji. Na pewno zgodzi się pan, że słusznie postąpili kiedyś ludzie Kościoła likwidując te księgi, w których spowiednicy mieli pozapisywane wykazy grzechów i odpowiadających i pokut. Domyślam się, że stworzenie takiego wyliczenia miało jakieś słuszne cele ale było przede wszystkim wyrazem pragnienia ogarnięcia całokształtu ludzkiej moralności w rozbudowanej tabelce. Podobna ewolucja zaszła w ujęciach katechizmu – zamknięty układ pytań i odpowiedzi został zastąpiony pozytywnym, otwartym wykładem. Komunia dla żyjących w powtórnych związkach wymaga nowego spojrzenia, dla którego punktem wyjścia powinna być indywidualna sytuacja każdego człowieka. Nawiązał pan do tego pod koniec swojego wpisu: kiedy kobieta odchodzi od męża i wiąże się z kimś innym, a Bogu ducha winny facet zostaje na lodzie, ale po czasie poznaje kogoś i chce w powtórnym związku funkcjonować normalnie – w takiej sytuacji praktyka duszpasterska powinna uwzględniać stopień winy, a na razie niestety nie uwzględnia. Tak jak pisałem wcześniej, nie mam pomysłu na błyskotliwe rozwiązanie ale podobałaby mi się formuła indywidualnej oceny każdej sytuacji. Zamiast wpisywania życiowych zakrętów w katalog istniejących możliwości – lepsze byłoby dopasowanie możliwości duszpasterskich do indywidualnej, życiowej sytuacji. Zalew pozwów i orzeczeń w sprawie nieważności małżeństwa jest kolejnym aspektem tematu, o którym piszemy, a do którego nawiązał pan pod koniec swojej wypowiedzi. Czy procesowe orzekanie o nieważności tak wielu zawartych małżeństw nie jest jakimś rodzajem nadużywanej prawnej akrobatyki, będącej „ostatnią deską ratunku”, która w obronie nierozerwalności małżeństwa może nawet „zanegować” jego zawarcie? Tzw. potocznie „rozwód kościelny” jest w stosunku do tej procedury nazwą błędną ale wyjątkowo dobrze oddaje społeczny odbiór tego, co się w tej procedurze dzieje i tego, co zaszło przed ołtarzem. Może więc już czas, aby jakąś część odpowiedzialności za przystępowanie do komunii w powtórnym związku złożyć jednak na barki samych zainteresowanych? Skomplikowane procesy przed kościelnymi sądami należy zostawić jako procedury nadzwyczajne? Duszpasterstwo osób żyjących w powtórnych związkach, ale takie poważne duszpasterstwo, swoisty neokatechumenat dla takich osób, mogłoby być dla nich rodzajem rozeznania, formacji i przygotowania w tym zakresie.

    Uznaję nierozerwalność małżeństwa i nie uważam, żeby nauka Kościoła wymagała w tym zakresie zmian. Grzech jednego małżonka nie powinien jednak wiązać drugiego, zwłaszcza jeśli jego wina moralna jest znikoma lub żadna. Nie chodzi tu o zmniejszenie czyjejś winy z uwagi na niewiedzę zawinioną czy niezawinioną tylko o to, że nikt z nas nie powinien ponosić kary za grzechy drugich. Przecież jeśli jeden z małżonków okazuje się zabójcą, to w cywilizowanych krajach nie ściąga to automatycznie żadnych sankcji prawnych na drugiego. Sakrament małżeństwa rozgrywa się jednak między dwiema osobami i z tego faktu trzeba by wyciągnąć jakieś roztropne konsekwencje duszpasterskie.

    Co do kampanii medialnej – chyba byłem nieprecyzyjny: trwa kompania billboardowa nt. konkubinatu, który jest grzechem. To jednak inny temat.

  10. Marzec 8, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Najpierw odniose sie do kilku niescislosci w pana wypowiedzi.

    Tabelki z wyliczonymi grzechami nie byly wyrazem jakiejs specjalnej formy duszpasterstwa. Byly efektem rewolucji, ktora towarzyszyla powstaniu matematyki jako osobnej nauki. W tym czasie obliczano takze ile lat czyscca mozna odpokutowac dzieki wizycie w kosciele wyposazonym w relikfie swietych.

    Natomiast zwiekszona ilosc procesow przed sadami koscielnymi ma inny aspekt. Obecnie na podyplomowe studia z prawa kanonicznego zapisuja sie glownie „swieccy” prawnicy, bez teologicznego wyksztalcenia. Klient chce cos uzyskac, adwokat ma to osiagnac. Stad te akrobacje, klamstwa, podstawieni swiadkowie. Nalezy podkreslac, ze uzyskany w ten sposob wyrok niczego nie zmienia poniewaz w procesach koscielnych nie cbodzi o kwit tylko rozpatrzenie tego czy malzenstwo bylo zawarte. Sad mozna oszukac ale para nadal bedzie malzenstwem! Wyciagac z tego naduzycia jakiekolwiek wnioski i sugestie jakis zmian..

    Kampania bilbordowa jest dla mnie krzykiem rozpaczy. Od poczatu roku na nasze spoleczenstwo rzuca sie kolejne nakazy. Najpierw sorawa peofesora Chazana. Niesamowicie istotna. Jan Pawel II powstarzal, ze tylko te elementy prawa stanowionego sa obowiazujace dla nas, ktore sa zgodne z ewangelia. Pozniej przymus sprzedazy tabletek po bez recepty (tylko jedna firma ma ten watpliwy przywilej). Ostatnio konwencja przemocowa, ktora zrodel przemocy szuka w tradycji nie w alkoholu, biedzie, braku wiedzy, sposobie prezentacji koniet w mediach.. Teraz ONZ oczekuje od naszego rzadu walki z antygenderowa kampania Kosciola. Obecnie w filmach czy serialach widzimy czesciej konkubinaty, nieformalne zwiazki i rozwodnikow. Trudno dostrzec tam prawdziwe malzenstwa, ktore razem z odwaga ida przez zycie.

    Niektore srodowiska obiecuje nam zrownanie malzenstw z innymi zwiazkami. Czekam niecierpliwie. Coraz czesciej przeciez ludzie nie biora slubu bo to nie jest oplacalne! Sluszal pan ze w Warszawie specjalne komanda urzednikow sprawdzaja czy samotne matki sa faktycznie samotne? Zyc razem ale rejestrowac sie jako samotne a ojcow (z ktorymi sie normnie zyje) zglaszac jako nieplacacych alimenty (tym bardziej ze fundusz alimentacyjny placi fajna kase nawet gdy sad orzekl np 200 zl miesiecznie). Zwykly krzyk rozpaczy.

    We wtorek bedzie czytana lekcja z ksiegi kronik, modlitwa Azariasza, ktory narzeka ze po zburzeniu swiatyni narod wybrany nie moze skladac ofiar. Czy rozwiedzeni w nowych zwiazkach sa w tej samej sytuacji? Sytuacji narodu, ktory stracil jedyna swiatynie i nie wie co czynic?

    Odpuszczenie grzechow poza sakramentem ukazuje Boga zywego a nasza wiare dynamiczna nie statyczna. Wynoszenie praktyk religijnych ze swiatyn w zycie (sakramentalia) to rzecz, o ktorej mowa jest od dawna. Grzech jednej osoby rani caly Kosciol, dobro jednego ubogaca caly Kosciol- czas abysmy powrocili do biblijnej nauki o Mistycznym Ciele Chrystusa. Wspolczesni teologowie (Rahner, Halik) powtarzaja ze chrzescijanskosc nie polega tylko na chrzcie ale przede wszystkim na tym zeby brac swoje zycie na powaznie z calym jego ciezarem.

  11. Marzec 8, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Bylismy na spacerze, przemyslalem troche ostatnia wypowiedz pana i dziwi mnie jedna rzecz. Staram sie wskazac wiele sprawdz, ktore sa pomocne dla rozwiedzionych w nowych zwiazkach. Na to czytam, ze jestem przedstawicielem przedsoborowego Kosciola oznajmiajacego. Albo ze sympatyzuje z irlandzkimi mnichami z XVI wieku! To taka retoryka? Kto chce zmian jest nowoczesny. A kto nie chce jest mentalnie z XVIII albo nawet XVI wieki.

    A ja po prostu uwazam, ze instytucja, ktora ma 2000 lat i swoim zasiegiem ogarnia swiat caly musi miec w sobie jakies bogactwo. Moze jakas madrosc?

  12. Marzec 9, 2015

    Piotr Kunce Odpowiedz

    Proponując porządkujący podział głosów w tej debacie na oznajmujące i poszukujące miałem na myśli tych, którzy chcą zachowania status quo i tych, którzy chcą jakichś zmian, nie przypisuję panu przedsoborowych sympatii, ani starodawnej mentalności, tym bardziej że faktycznie stanowisko „oznajmujące” w pana wydaniu jest dość nowoczesne. Rozumiem chyba tak jak pan, że jakiekolwiek „uchylenie furtki” w praktyce duszpasterskiej wobec żyjących w powtórnych związkach jest w tej chwili trudno wyobrażalne, prowokuje okopywanie się po dwóch stronach barykady, za chwilę będziemy pewnie czytać o obrońcach prawowierności po jednej stronie i zdrajcach – po drugiej itd. Coś podobnego działo się podobno w Kościele przed Vaticanum II w związku z „zabobonem ekumenizmu”, który – jak się okazało – wcale nie doprowadził do naszego upadku.
    Zależy mi jednak na tym, aby postawić uczciwie, bez apriorycznych założeń, pytanie o to, jak bardzo szczegółowo można uwzględniać indywidualną sytuację konkretnych osób w nauce Kościoła na temat małżeństwa? Też wczoraj myślałem o tych sprawach na marginesie rodzinnych wydarzeń. Nasunęła mi się inna refleksja. Zdarza się, że małżonkowie o uregulowanej sytuacji prawno-kanonicznej, mieszkający razem, przystępują razem do komunii, a zdarza się, że z jakichś względów jedno z nich przystępuje, a drugie nie. Sakrament małżeństwa nie obliguje małżonków do wspólnego przystępowania do komunii. Taka sytuacja, kiedy jedno idzie, a drugie nie, wygląda nieszczególnie, zwłaszcza jeśli przyglądają się jej dzieci tych małżonków, ale praktycznie jest to sytuacja możliwa. Przyczyny takiego stanu rzeczy mogą być różne, zasadniczo zakładamy, że kiedy ktoś nie przystępuje do komunii św. to przyczyny są poważne (grzech ciężki) – może to być w skrajnych wypadkach jakaś forma (przejściowej?) niewierności. Nie blokuje ona jednak wtedy przyjmowania komunii św. drugiemu współmałżonkowi, bo czemu miałaby blokować? Życie w powtórnym związku to oczywiście nie to samo, co (przejściowe) problemy małżeńskie ale mam wrażenie, że w tym przykładzie, który podałem, różnice dotyczą spraw drugorzędnych takich, jak fakt mieszkania razem lub nie, fakt publicznej wiedzy o grzechu jednego ze współmałżonków (niewierność) – a to są zaledwie okoliczności, które wpływają jakoś na ocenę moralną samego grzechu ale czy powinny decydować o zdolności drugiego współmałżonka do przystępowania do komunii św? Moim zdaniem – zdecydowanie nie.

  13. Marzec 9, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Ale konkretnie mowi pan o jakies sytuacji? Jedna osoba jest zwiazana Przysiega a druga nie (kawaler/panna)?

  14. Marzec 9, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Przypadkowo wybralem „publikuj komentarz”.

    Podzial na zdrajcow i obroncow prawowiernosci jest tak samo wartosciojacy jak podzial na poszukujacych i oznajmujacych (do ostatniej kategorii zaliczajac wszystkich ktorzy nie chca zmian).

    Nikt nie mowil o tym, ze ekumenizm z definicji jest zly. Obawiano sie, ze moze on doprowadzic do zaciemnienia przekazu wiary. T
    w kwewtii malzenstwa duzym problemem jest postrzeganie protestanckie, ktore odmawia malzenstwu sakramentalnosci i dopuszcza rozlwody. a ze sadzono, ze ekumenicznosc wymaga milczenia o tych roznicach to mamy obecna sytuacje, w ktorej katoliccy biskupi proponuja jakies ogromne zmiany z powodu ogromu rozwodow. To samo dotyczy innych spraw, np przyjmowania komunii. Dla protestantow to jest jakis tam symbol wiec przyjmuja ja sobie do reki. Nikt nie mowil o roznicach w naszej wierze i mamy sytuacje obecna.

  15. Marzec 9, 2015

    Gospodarz Odpowiedz

    Roboczy podział dyskutantów na oznajmujących i poszukujących nie jest tym samym, co podział na prawowiernych i zdrajców – nie zgadzam się z pana poglądem, gdyby np. nazwał mnie pan „zdrajcą” – poczułbym się zaszufladkowany niesprawiedliwie.

    W przykładzie wyżej miałem na myśli konkretnych małżonków, związanych przysięgą, z których jeden przystępuje do komunii, drugi przez jakiś czas nie przystępuje, bo np. uwikłał się w (przejściowy) romans. Gdyby małżonek niewinny, po odpowiedniej liczbie bezskutecznych „ostatnich szans” dawanych temu drugiemu, wyprowadził się w końcu z domu i po jakimś czasie związał się z kimś innym – czy wówczas może przystępować do komunii? Zdaje się, że w tej chwili nie może. Stan cywilny czy prawno – kanoniczny nowego partnera życiowego nie jest w tym przykładzie dookreślony – istnieje dużo możliwości. Pytanie brzmi, czy wśród tych różnych wariantów są też takie, które w pewnych okolicznościach dopuszczałyby przystępowanie obojga żyjących z sobą partnerów do komunii?

    Nie zastanawiałem się głębiej nad wpływem protestantyzmu na katolicką praktykę duszpasterską w odniesieniu do małżeństwa. Być może jest coś na rzeczy ale nawet jeśli – to pośredni wpływ praktyki wspólnot poreformacyjnych stanowiłby tylko jakaś część genezy naszego problemu, a nam chodzi o spojrzenie w przyszłość. Dyskusja nie dotyczy przecież redukcji sakramentu małżeństwa (np. do formuły okolicznościowego błogosławieństwa). Chcemy sprawdzić, czy Kościół mógłby dzisiaj – bez zmian doktrynalnych – być bardziej wrażliwy na niektóre szczegółowe sytuacje konkretnych ludzi. Mam nadzieję, że mógłby.

  16. Marzec 9, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Odnosze wrazenie, ze czasem jednak przyjmuje pan retoryke Tygodnika Powszechnego. Kosciolem oznajmujacym sa wszyscy, ktorzy nie chca zmian. Nawet jezeli poszukuja kreatywniej niz ci „szukajacy” (bo uwazam, ze szukanie w obrebie Kosciola wymaga duzo wiekszej kreatywnosci niz wymyslanie nowych procedur, zasad). Teraz zaklada pan, ze zaraz ktos wyskoczy z podzialem na konserwatystow i zdrajcow. Naprawde pan tam uwaza? Nasz Kosciol obecnie jest kompletnie bezsilny.

    Pamietam, ze na studiach ze strony moralistow padalo stwierdzenie, ze same mieszkanie razem to grzech. Dogmatycy uwazali natomiast, ze nie moze to byc zaraz powod grzechu, ze musieliby np wspolzyc. Nie jest grzechem to, ze ktos teoretycznie moze byc zgorszony ich postawa.
    Ja natomiast dziwie sie tym, ktorzy mowia ze wystarczy byc bialym malzenstwem. Wspolzycie to jeden z elementow malzenstwa i to nie najwazniejszym. Wg tradycji zycie malzenskie koncentruje sie wokol 3 oltarzy symbolizujacych 3 sfery zycia: loze malzenskie-wspolzycie, stol-codzienne zmagania sie z zyciem, oltarz domowy-troska o swoje zbawienie. I uwazam, ze zagarniecie chocby jednej z tych malzenskich sfer wystarcza. A kiedy jest sie zwiazanym przysiega to dopiero. Jednak mowa jest tam o wiernosci w dobrym i zlym, w zdrowiu i chorobie. A jednak ludzie ot tak nie odchodza od malzonkow. Bo jest swietnie i rewelacyjnie.

    Prosze tez zauwazyc ze atak na celibat kaplanski jest bardzo przemyslany. Postawa kaplanow nie tylko jest najwyzsza asceza ale tez wzorem dlamalzenstw. Kazde malzenstwo musi okresowo decydowac sie na celibat. Npr, polog, ciaza, rozstanie, samotnosc.

  17. Marzec 9, 2015

    Gospodarz Odpowiedz

    Proszę zauważyć, jak trzeba być ostrożnym w różnego rodzaju podziałach: „szukający” i „oznajmujący” nie oznaczają podziału na szukających w obrębie Kościoła i szukających poza jego obrębem. Jeden i drugi obszar poszukiwań wymaga odwagi i kreatywności i rozgrywa się w Kościele – przynajmniej ta nasza wymiana zdań tego dowodzi. Myślę, że powodzenie jesiennego synodu będzie zależało od tego, czy biskupi przezwyciężą stereotypowe uprzedzenia i zrezygnują z okopywania się na pozycjach, a skupią się na człowieku, który jest drogą Kościoła. Publicyści będą grupować opinie biskupów wg najprostszej linii podziału, czyli zapewne na „postępowych” i „wstecznych” ale biskupi powinni być ponad tym. Mnie się Kościół kojarzy z umiejętnością znajdowania rozwiązań, których nikt się wcześniej nie spodziewał, takich prawdziwie mądrych, wręcz natchnionych. Nie wiem, czy to będzie możliwe, synod to jednak nie konklawe, ekscelencje podobno zachowują się czasem jak.. ludzie – czytałem kiedyś w Tygodniku o kulisach obrad episkopatu ;)

    Nie znałem „3 ołtarzy” – ciekawa symbolika i ciekawa akademicka kontrowersja dogmatyków z moralistami, zawsze ceniłem moralistów za elastyczność :)

    Chciałbym, żeby stanowisko Kościoła w sprawie, o której piszemy, ewoluowało w kierunku ponoszenia osobistej odpowiedzialności w konkretnych sprawach, aby każda sytuacja mogła być indywidualnie rozstrzygana najpierw w sumieniu a potem w konfesjonale. Cały wysiłek, jaki musiałby podjąć synod, mógłby polegać na tym, aby uznać, że ludzie żyjący – w określonych okolicznościach – w powtórnych związkach, przestaliby być „dyskryminowani” co do sakramentu pokuty, nawet gdyby nie mogli spełnić wszystkich warunków dobrej spowiedzi w stopniu doskonałym.

  18. Marzec 10, 2015

    Tomasz Odpowiedz

    Ja nie wiem juz co napisac. Kosciol musi mocniej podkreslac czym jest malzenstwo. Ze jest to calkowita decyzja na zawsze. Jedynie Kosciol moze sprzeciwic sie temu co wokol rodziny dzieje sie w swiecie. Pokazalem w jaki sposob rozwodnicy w nowych zwiazkach moga byc szansa dla calego Kosciola, w jaki sposob moga ukazac nam rzeczy o ktorych my sami juz dawno zapomnielismy. Pozwole sobie zauwazyc ze jest to wlasnie rozwiazanie niezwykle nowatorskie. To nie sa podli grzesznicy ale awangarda! Od lat chcemy aby kazdy postrzegal Pana jako Boga zywego, aby wyjsc z, wiara z kosciolow. To jest nasza awangarda!

  19. Marzec 11, 2015

    Gospodarz Odpowiedz

    Żałuję, że na moim dziadowskim blogu nie ma możliwości polubienia komentarzy – podoba mi się to, co pan napisał wyżej. Zniuansowałbym jednak bardziej aspekt ‚rozwodników w nowych związkach’, żeby nie traktować ich en bloc jako zbiorowości, dla której mamy ogólną ofertę i która także nam może zaoferować jakiś rodzaj odświeżenia wrażliwości – oczekiwałbym (od synodu) uwzględnienia wątków refleksji na poziomie egzystencjalno – moralnym.
    Cała ta wymiana zdań jest bardzo inspirująca, dziękuję za poświęcony czas.
    Mam nadzieję, że czasem pan tu będzie zaglądał.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>