W szkole fajnie jest – orzekł 6-latek po powrocie z inauguracji roku szkolnego

Mój młodszy syn, razem z pół milionem swoich koleżanek i kolegów w kraju, poszedł dziś pierwszy raz do szkoły, do pierwszej klasy, dokładnie do I „b”. Jego wychowawczyni nazywa się Pani Dorotka, w klasie jest kilka osób z przedszkolnej grupy, ogólnie – po pierwszym dniu – w szkole fajnie jest i oby tak było jak najdłużej.

Kiedyś próbowałem wyobrazić sobie współczesny świat bez chodzenia do szkoły. Przez pierwsze – najważniejsze – lata życia nauczycielami wszystkich przedmiotów są i tak rodzice, czasem wspierani przez dziadków, ciocie, wujków czy różnego rodzaju opiekunki. Ważne żeby to wsparcie odbywało się wyłącznie w ramach zastępstw a nie kontroli, czy wizytacji. Program nauczania, mimo że intuicyjny, jest zasadniczo ustalony. Formy sprawdzania osiągnięć są powszechnie uznawane: trzeba stanąć na własnych nogach, przestać używać pieluch, powiedzieć parę słów… Ustawodawca (ale nie minister edukacji) określił czas trwania tego etapu edukacji reformując jakoś niedawno urlopy macierzyńskie. W tym rytmie pracy nie przewiduje się szczegółowego planu zajęć ani wakacji – nauczanie jest prowadzone na okrągło.

Czy taka formuła jest do utrzymania w kolejnych latach? Zgodnie z prawem – tak. Ustawodawca (tym razem minister edukacji) przewiduje tzw. spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą, polega to na tym, że właśnie rodzice albo wyznaczone osoby zajmują się nauczaniem dzieci, które w odpowiednim rytmie, chyba rocznym, muszą pojawiać się jednorazowo w szkole na tzw. egzaminach klasyfikacyjnych. Szkoła nie wnika wówczas kto, czego i jak uczy – ocenia tylko postępy. Trudno powiedzieć, jak dużo rodzin w Polsce decyduje się na takie rozwiązanie, bo MEN nie publikuje statystyk na ten temat. Zakładam, że jest to znikomy procent o ile nie promil. Gdzieś czytałem, że liczba osób w Polsce realizujących w tej formie nauczanie jest najwyżej trzycyfrowa – to garstka. Szkoła jest jednak wygodniejsza – ktoś tam wykonuje za nas niełatwą robotę. Świat bez chodzenia do szkoły można więc sobie wyobrażać, zwłaszcza jeśli rodzice potrafią zauważyć jakieś negatywne skutki chodzenia dziecka do szkoły, którym jednocześnie potrafią sami skutecznie przeciwdziałać.

Takie „niechodzenie do szkoły”, nawiązujące do niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa, można praktykować, zwłaszcza jeśli jeden z rodziców ma możliwość nauczania dzieci, a drugi – utrzymywałby rodzinę. Sprawdzeniem efektywności nauczania też jest wówczas „stanięcie na własnych nogach”, „zaprzestanie używania pieluch”, „powiedzenie paru słów” oraz dodatkowo zliczenie paru liczb i nabycie paru innych przydatnych umiejętności. Mam wątpliwość, czy spełniając obowiązek szkolny poza szkołą zapewnilibyśmy lepsze efekty niż zapewnia system edukacji. Wątpliwość czysto akademicka, bo choć istnieje (tylko te egzaminy klasyfikacyjne) – nikt z niej nie korzysta. Czyli szkoła – mimo wszystko – jest potrzebna. Fajna też może być ale o to trzeba już wspólnie zadbać, najlepiej od samego początku, ustalając przejrzyste zasady – w szkole i w domu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>