Work in progress: od „Był sobie człowiek” do „Mszy h-moll”.

330 Rocznica urodzin Jana Sebastiana Bacha jest pretekstem do podzielenia się refleksją na temat źródeł podziwu dla tego znakomitego kompozytora. Darzę jego twórczość wielkim uznaniem, a pod pretekstem dzisiejszych urodzin, chciałbym podzielić się wspomnieniami na temat ewolucji bachowskich zainteresowań. Jeśli tylko czas pozwala – bardzo zapraszam do lektury!

Może trudno będzie młodszym uwierzyć, ale kiedyś, dawno temu, jedną z najpopularniejszych melodii w filmach dla dzieci nie był motyw „Piratów z Karaibów”. Serio. Przebojem był ozdobnikowy motyw z Toccaty d-moll (BWV 565) i cały ten dwuczęściowy utwór – jako muzyczna ilustracja francuskiej kreskówki o pochodzeniu człowieka zatytułowanej „Był sobie człowiek”. Swego czasu ten motyw muzyczny tak bardzo przylgnął do tytułu bajki, że w pewnej grupie wiekowej, w pewnych – że tak powiem – kręgach odbiorców, utwór ten przez jakiś czas funkcjonował właśnie jako „Był sobie człowiek”. „Zagraj: «Był sobie człowiek»” – oznaczało wtedy bardzo konkretne dźwięki. Rozszyfrowanie prawdziwego tytułu tego dzieła z jakichś względów nie wiązało się z napisami w kreskówce ale dokonało się już niezależnie od filmiku, jakoś przypadkiem. Pamiętam, że kiedy ustaliłem, jak to się nazywa, od razu pobiegłem – było to pewnego letniego wieczoru – do domu organisty, żeby pilnie pożyczyć nuty. Mogłem sobie pozwolić na odrobinę prywaty, bo organista był moim nauczycielem gry na fortepianie, a poza tym byłem wówczas ministrantem, a może nawet już trochę lektorem – organista znał mnie więc dobrze. Okazało się jednak, że pan organista wyjechał do sanatorium (faktycznie, raz w roku jeździł). Nie dałem za wygraną – ustaliłem, kto go zastępuje, gdzie mieszka i tam poszedłem. Tam z kolei okazało się, że zastępca jest na randce. Ponieważ rozum zdecydowanie wziął sobie tego wieczora wolne na żądanie, idąc na całość zapytałem o adres narzeczonej zastępcy organisty i – z pewną jednak nieśmiałością – poszedłem do jej domu. Ku mojemu zdziwieniu (zdumienie gospodarzy było chyba jeszcze większe), zostałem bez większych problemów skierowany do pokoju, gdzie trwała rzeczona randka. Ciąg dalszy można jednak bez obaw czytać o każdej porze, ponieważ w pokoju zastałem młodego organistę z narzeczoną, siedzących przy stole, nawet nie obok siebie, bo po dwóch jego końcach. Dziwny widok. Grzecznie przeprosiłem i uprzejmie poprosiłem o te nuty. Państwo narzeczeni wymienili spojrzenia i szybko zdecydowali, że w zasadzie mogą się przespacerować do kościoła. Już po kilkunastu minutach miałem w rękach straszliwie poniszczony ale wystarczająco czytelny zeszyt z Miniaturą Organową nr 29 „Toccata i fuga d-moll BVW 565”. Tekst na ostatniej stronie przeczytałem w drodze do domu, a potem zachłannie zacząłem mierzyć się z zapisem nutowym. Podzieliłem go roboczo na fragmenty, które mogę zagrać i na takie, których w życiu zagrać się nie da. Potem, po jakimś czasie – i z tego jestem dumny – całość kwalifikowała się jednak do grupy pierwszej. Emocje początkującego bachisty były wtedy wielkie, także po stronie moich domowników, którzy mimo to dzielnie znosili moje kilkudniowe obłąkanie.

Muzyka Bacha szybko okazała się bogatsza niż Toccata i fuga d-moll BWV 565. Trochę jednak trwało, zanim dopuściłem do siebie myśl, że są też inne utwory, warte poznania, słuchania, a może w przyszłości zagrania. Szczególną uwagę przykuł fakt z życiorysu Bacha, że mianowicie miał on łącznie 20 dzieci z dwiema kolejnymi żonami. Dwie żony dość łatwo mogę sobie wyobrazić (abstrakcyjnie rzecz ujmując) ale żeby 20 dzieci…? Zacząłem poszukiwać innych informacji na jego temat. Pierwszą książką o Bachu, którą dosłownie wchłonąłem (do tego stopnia, że się rozleciała), była monografia E. Zavarskiego. Ona zainspirowała mnie do kolejnych lektur, a zwłaszcza do podróżowania „Szlakiem Bacha” – najpierw prywatnie, potem w szerszym gronie. Kolejne lektury, kolejne utwory dawały poczucie zbliżania się do jakiegoś nie do końca pojmowalnego zjawiska, które jest dobre, prawdziwe i piękne. Ważnym momentem było zapoznanie się z praca magisterską ks. Grzegorza Poźniaka poświęconą inspiracjom religijnym w twórczości chorałowej Bacha. Okazało się bowiem, że jego muzyka nie tylko brzmi ale też dużo mówi, a może nawet przede wszystkim opowiada – o Bogu. Domorosłe analizy Credo z Mszy h-moll, czy Magnificat – potwierdziły, że to wszystko prawda: te dźwięki układają się nieprzypadkowo. Bach był świetnym muzycznym rzemieślnikiem ale też błyskotliwym i, o ile wiem, niepowtarzalnym kompozytorem – teologiem. Te wymiary jego muzyki pomogli mi odkryć – poza ks. Grzegorzem Poźniakiem – także ks. Rafał Rusin i Waldemar Krawiec, którym za wszystkie rozmowy, lekcje, nuty, kasety, płyty, spotkania i spory – będę dozgonnie wdzięczny.

Różnie o Bachu piszą: czasem przedstawiany jest jako pobożny, pokorny, oddany Kościołowi (luterańskiemu), skupiony na wykonywaniu obowiązków. W innych ujęciach Bach to człowiek pewny siebie, bezkompromisowy, arogancki furiat, a nawet znający swoją wartość XVIII-wieczny niemiecki celebryta. Przede wszystkim Bach był jednak zwyczajnym geniuszem. Jego muzyka posiada wartość szczególną. Wiem, że „wartość szczególna” brzmi niemal jak „jest fajna”. „Szczególność” w odniesieniu do muzyki Bacha polega na mistrzowskim połączeniu dwóch wymiarów muzyki: artystycznego – na ogół znakomicie brzmi – i teologicznego – jego muzyka religijna bardzo konkretnie opowiada dźwiękami konkretne historie, ilustruje konkretne prawdy wiary, oddaje konkretne emocje. Przy czym nie chodzi o to, że słuchając Pasji wg św. Mateusza, można się pobożnie zamyślić o tamtych wydarzeniach. Chodzi raczej o to, że wydarzenia z Pisma Świętego są w tych dźwiękach zapisane. Retoryka muzyczna Bacha jest obiektywna, głęboka i genialna. To jest muzyka nie tylko dla koneserów sztuki ale przede wszystkim dla ludzi wierzących. Żeby nie było tak mistycznie – Bach robił też fuchy, nie wszystkie jego dzieła są w równym stopniu doskonałe. Sam wielokrotnie przerabiał swoje kompozycje dając niechcący zatrudnienie kilku pokoleniom muzykologów. Warto słuchać Bacha. W szczególności warto go trochę poznać, zanim zacznie się słuchać – wówczas lepiej i więcej słychać.

Komentarze

  1. Marzec 21, 2015

    Dorota Odpowiedz

    Interesujące.
    Dużo słucham Bacha choć bardzo mało o Nim wiem.Dziś trochę jednak nadrabiam;-)

  2. Marzec 22, 2015

    Gospodarz Odpowiedz

    Cieszę się, że wczoraj trochę poświęciłaś się Bachowi. Wiem, jak trudno wśród życia rodzinnego znaleźć warunki na pielęgnowanie takiego hobby. Ale znając Twoją konsekwencję w dążeniu ku wyznaczonym szczytom – mało jest u Ciebie rzeczy niemożliwych :)

  3. Marzec 22, 2015

    Dorota Odpowiedz

    Myślę, że chyba trochę mnie przeceniasz ale to bardzo miłe :-)
    Moje wspaniałe dziecko także bardzo lubi muzykę wszelką a Bacha zna już z życia plodowego bo dużo sluchałyśmy:-D
    Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko:-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>