Wybory: ocena przeszłości czy kształt przyszłości?

Wybierając przedstawicieli do rządzenia krajem, dokonujemy przede wszystkim oceny tych, którzy aktualnie rządzą. Jest to – niestety – ocena maksymalnie uogólniona: pozytywna albo negatywna (wybory nie dają możliwości niuansowania). Można na danego człowieka zagłosować (chcę, żeby mnie reprezentował) lub nie zagłosować (nie chcę, żeby mnie reprezentował). Osoby znane z podejmowania dotychczas decyzji, działań, z różnego rodzaju dokonań lub zaniechań zdecydowanie łatwiej jest ocenić. Łatwiej ocenić urzędującego ministra niż człowieka, który hipotetycznie ministrem dopiero będzie. Nawet, jeśli potencjalny kandydat był już kiedyś u władzy – ocena jego politycznych dokonań sprzed lat nie może rzutować na ocenę jego potencjału dzisiaj. Nie byłoby w porządku, gdyby ktoś oceniał moją zdolność do jakichś działań wg stanu mojego umysłu na roku 2005 – ludzie się zmieniają (wierzę że na lepsze). Dlatego w przypadku zmiany władzy nie spodziewam się końca demokracji ani innych nieszczęść, przed którymi partia rządząca straszy w spocie.

Ocena, nawet maksymalnie uogólniona, nigdy nie może być tylko pustym sformułowaniem. Profesjonalna ocena to informacja kształtująca przyszłość. Tak też należy podchodzić do oceny, której dokonamy przy urnach. W cywilizacji medialnej coraz trudniej jest dokonywać samodzielnych ocen, bo niemal wszystko jest na bieżąco komentowane i oceniane w różnego rodzaju mediach. Człowiek łatwo przejmuje więc oceny innych, rezygnując z własnej refleksji. Wytworzyła się nawet swoista meta-rzeczywistości, w której określone media zastępują wysiłek intelektualny określonej grupy ludzi. Na wyższym poziomie wyobcowania oznacza to, że jedne media mówią prawdę, a inne kłamią. Dziś przywiązanie do określonych mediów unieważnia nawet odwieczną wątpliwość „czym jest prawda?”.

Dzień wyborów jest momentem, kiedy moja ocena rzeczywistości (oby nie medialnej!) może realnie wpłynąć na bieg wydarzeń. Trzeba tylko zastanowić się, pójść i dokonać oceny. Istnieje poważny problem tych, którzy nie uczestniczą w wyborach, nie posiadają własnego zdania, nie umieją  sformułować własnej oceny, nie umieją się zdecydować, nie chce im się podjąć wysiłku refleksji nad sprawami kraju, one ich nie interesują. Każda z tych postaw dyskwalifikuje, bo nie mamy innych okoliczności życia, tylko te, w których żyjemy. Może ci, którzy nie głosują (poza sytuacjami o uzasadnieniu losowym lub medycznym) powinni być pozbawieni zainteresowania ze strony instytucji państwa? Skoro sami się nim nie interesują?

Moja ocena rzeczywistości jest i będzie pozytywna. Dobrze się czuję w moim kraju, widzę jak się rozwija i zmienia na lepsze, zarówno w wymiarze lokalnym, jaki i szerszym. Pamiętam, że spacerując jako dziecko z wujkiem w Chorzowie, przechodziliśmy obok jakiejś budowy. Wujek powiedział, że tu powstaje droga, którą kiedyś można będzie pojechać aż do Gliwic. Trochę zeszło, zanim powstała Drogowa Trasa Średnicowa ale ona faktycznie istnieje, i już można nią dojechać z Chorzowa (ba, nawet z Katowic) do Gliwic, choć jeszcze nie do centrum. Dziś pokazuję synom zaklejony na razie napis „Gdańsk” na autostradzie A1 w pobliżu Zabrza i mówię im, że tędy już niedługo w ciągu kilku godzin dojedziemy nad morze. Wierzę, że zapamiętają i za kilka lat, wspominając dawne całonocne wyprawy, docenią dokonujący się w kraju postęp. Bo postęp ostatecznie nie jest zależy od rządów tej czy inne partii (pewne szczegóły postępu – tak ale nie sam fakt rozwoju). W mediach partie przedstawiają rzeczywistość tak, jakby wszystko, co dobre, zależało od ich nadludzkiej błyskotliwości, a wszystko, co złe – było lub będzie rezultatem rządów nieudolnych konkurentów. Partie nie wahają się i wmawiają nam nawet, że jeśli wygrają „oni”, to ludzie będą popełniać grzechy, a jeśli „my” to nie będą. Wiele wskazuje na to, że część rodaków myśli, że to prawda…

Gdybym, jako wyborca, chciał zastosować profesjonalne ocenianie i przełożyć mój głos w wyborach na kształt przyszłości, to chcę, aby rządziła w Polsce koalicja dwóch najbardziej reprezentatywnych partii. Skrajna nieroztropność niektórych polityków doprowadziła do sytuacji, w której wydaje nam się, że taka koalicja jest niemożliwa, bo przecież… jak to, z nimi?! Z tymi zdrajcami?! Z tymi jaskiniowcami?! Tymczasem nie ma nic prostszego, jak podać sobie rękę, uzgodnić wspólne cele i zabrać się do pracy. Naprawdę! Zamiast działać na pognębienie wroga – warto współpracować dla realizacji wspólnych celów. Domyślam się, że jednym z powodów, dla których taka optymalna dla Polski koalicja na razie nie powstanie, jest meta-rzeczywistość medialna. Część mediów wpadłaby w poważne tarapaty, gdyby okazało się dotychczasowi zdrajcy są teraz naszymi partnerami. Trudno byłoby to zrozumieć: kto jest winny temu wszystkiemu – wiadomo czemu? Na co było śpiewać „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”? Co z Polakami na emigracji: mają wracać, czy nie wracać? Co z wiekiem emerytalnym: kpina to z Polaków czy może inaczej się nie da? Co z sześciolatkami w pierwszy klasach: zamach na prawa rodziców czy jednak wymóg demografii? Odbiorcy tych mediów dostaliby kręćka, wznieciliby bunt przeciwko nowej zdradzie i na fali tego sprzeciwu wykreowaliby nowe sługi prawdy. I dalej walczyliby „o wolność” nie zważając na fakt, że akurat żyjemy w wolnym, dostatnim, rozwijającym się kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>