Zagubieni biskupi

Rozumiem duchownych, którzy mają osobiste poglądy polityczne – to normalni ludzie, wolno im. Z resztą nie tylko wolno – jako obywatele mają obowiązek udziału w wyborach (jest o tym napisane w katechizmie), czyli co kilka lat powinni – jak wszyscy – podejmować osobiste decyzje polityczne i przez to odpowiedzialnie uczestniczyć w demokratycznym choć pośrednim sprawowaniu władzy. Ale kiedy duchowni mylą epoki i role i swoje polityczne sympatie prezentują publicznie – kompromitują Ewangelię! Na szczęście kompromitacja Ewangelii jest stopniowalna. Poparcie wyrażone przez kilku zagubionych biskupów grupie cynicznych polityków budzi przede wszystkim konsternację. Przestali się modlić? Stracili rozum?

Próbując znaleźć we własnym życiu przykład obrazujący nierozsądne posunięcie biskupów popierających jedną część sceny politycznej przeciwko drugiej (to ważna okoliczność), znalazłem taki oto (przyjmijmy, że przykład jest teoretyczny). Jakim byłbym ojcem, gdybym będąc świadkiem notorycznych awantur wszczynanych w domu przez synów, opowiadał się za jednym z nich, a drugiego ostro krytykował? Marnym byłbym ojcem, nieudolnym i bezradnym. Zyskałbym sojusznika, uczyniłbym go zwycięzcą (choć raczej nie moralnym), a drugiego utraciłbym – prawdopodobnie bezpowrotnie. Ojciec musi to, co się dzieje, ogarniać szerzej, patrzeć głębiej, wiedzieć dalej – tego trzeba się uczyć i to niestety nie w szkole ani na studiach ani przed święceniami, to jest edukacja ustawiczna! Jeśli ktoś nie odrabia lekcji – jest marnym, nieudolnym i bezradnym ojcem, księdzem, biskupem. To oczywiście człowieka nie przekreśla – nie jest tak, że człowiek posiadający bariery mentalne, podatny na propagandę, zaściankowy, powinien się odizolować albo zniknąć. Na pewno nie – każdy ma jakieś mankamenty. Jeśli jednak z tymi ograniczeniami pełni np. rolę ojca, wówczas wzrasta odpowiedzialność najbliższych – takiego człowieka trzeba po prostu wspierać, czasem pilnować. O ile jednak można sobie wyobrazić bezpośrednią troskę żony o męża i odwrotnie, to o wiele trudniej o taką odpowiedzialność wśród duchownych. Za to działa u nich coś innego – hierarchiczne podporządkowanie.

Kiedy przed 2004 r. nasi biskupi zachowywali na ogół „daleko idący dystans” wobec referendum akcesyjnego do UE, to Jan Paweł II musiał jak zwykle zająć stanowisko, żeby nasze ekscelencje wiedziały, co (wolno) myśleć, co pisać w listach i co ludziom mówić. Włączenie naszego kraju do europejskiej wspólnoty państw było bowiem ich zdaniem na tyle odległe od spraw wiary, moralności i Kościoła, że biskupi nie chcieli zająć stanowiska. Lub też byli w tej sprawie tak podzieleni, że nie byli w stanie zająć stanowiska – jedno i drugie ich kompromituje. Dzisiejsze wydarzenia wskazują raczej na tę druga okoliczność. Pięciu biskupów (w tym dwóch emerytów) odważnie zaprezentowało postawę zdecydowaną, jednoznaczną, bezkompromisową. W jakiej to sprawie? Ano biskupi wsparli honorowo zorganizowanie marszu w tej intencji obrony demokracji i wolności mediów w Polsce. Marsz odbywa się w dniu – i to nie jest bez znaczenia – w którym komuniści dokonali kiedyś ostatecznego upokorzenia narodu wprowadzając tzw. stan wojenny, zamykając w odosobnieniu opozycję itd. Ponury temat. Organizatorzy marszu (dzisiejsza – na podstawie demokratycznych wyborów – opozycja) chcą dziś wejść w rolę opozycji ciemiężonej wtedy w totalitarnym państwie, a jednocześnie chcą obsadzić rządzących – na podstawie demokratycznych wyborów – dzisiaj w rolach totalitarnych ciemiężycieli. Żeby coś takiego wymyślić trzeba być cynikiem – megalomanem. Albo idiotą. A kim trzeba być, żeby wspierać takie zawieruchy…? Ten marsz to krzyk rozpaczy cynicznych działaczy partyjnych, którzy bardzo chcą rządzić, tylko od kilku lat nie na nich głosuje większość głosujących. Ale ponieważ spora część społeczeństwa nie głosuje w ogóle, cyniczni działacze próbują tę grupę zaktywizować wmawiając, że w kraju dzieje się źle i trzeba to zmienić, czyli im właśnie powierzyć rządzenie, żeby w kraju działo się dobrze. Dziś ci małostkowi cynicy zwracają na siebie uwagę marszem. To wolny kraj – wolno im. Dzięki bohaterskiej postawie opozycjonistów z czasów komunizmu każdy może dziś swobodnie manifestować swoje poglądy, czy to w formie marszu czy w formie wpisu na niszowym blogu.

Martwi mnie tylko poparcie biskupów dla takich akcji, bo jest bardzo nie na miejscu. Wycofanie nazwisk hierarchów z komitetu honorowego marszu było jak otarcie zabrudzonego niechcący buta – niby już po wszystkim ale dyskomfort pozostaje. Tym bardziej, że kiedy już nuncjusz kazał im się wycofać, ksiądz rzecznik episkopatu wydał oświadczenie, w którym każdy może przeczytać to, co chce usłyszeć. Zwolennicy marszu dowiadują się, że Kościół wyraża szacunek osobom zwracającym uwagę na przejrzystość działań w polskiej polityce, a biskupi objęli nad nim honorowy patronat. Przeciwnicy marszu wyczytują, że dla zachowania troski o budowanie jedności wszystkich Polaków biskupi wycofali się z Komitetu Honorowego tegoż marszu. „Panu Bogu świeczka, a diabłu ogarek”? Ks. Kloch, niczym rzecznik korporacji, wyważył interesy i napisał zgrabne zdanie. Szefowie będą zadowoleni. A Szef…?

To oświadczenie jest straconą szansą na zajęcie wyrazistego stanowiska przez Kościół, na (od)budowę autorytetu Kościoła, jako czegoś innego niż tylko bezstronnej strony w sporze politycznym. Ta kolejna stracona szansa, to oczywiście drobiazg w porównaniu z nieudanym przeniesieniem kiedyś do kościoła krzyża sprzed pałacu prezydenckiego. Kumulacja tych wszystkich nieudacznych gestów przynosi opłakane skutki. Już dziś widać, że w sprawach, które elektryzują dużą cześć społeczeństwa Kościół nie ma zdania. Mają je poszczególni biskupi, których jednak nie popierają inni biskupi. Niektórzy hierarchowie zamiast wpisywać się w Ewangelię, wpisują się w sympatie polityczne obywateli, skutek: autorytet Kościoła dramatycznie maleje.

Jeśli moi synowie zrobią coś kontrowersyjnego (np. chcą grać w GTA – jedna z najbardziej kontrowersyjnych gier wideo) muszę im powiedzieć, co w tej grze jest dobrego, a co złego i jasno wytłumaczyć, dlaczego nie mogą w nią grać. Jeśli przemówiłbym do nich w stylu ks. Klocha z pewnością nastąpiłoby niezrozumienie albo nieporozumienie, np. „Wasza mama i ja, mając na uwadze troskę o harmonijny rozwój waszych osobowości i braterskiej więzi, przy jednoczesnym zachowaniu szacunku dla woli rozwijania zainteresowań i atrakcyjnego spędzania wolnego czasu, wobec pojawiających się w związku z grą obiektywnych trudności, wycofujemy się z poparcia tej formy waszej aktywności”.

Co z niego wynika? Mogą grać w GTA czy nie mogą? GTA jest dobrą czy złą grą? Każdy z nich coś sobie pomyśli i pomyśli, że ma rację albo że nie ma racji. A co Kościół myśli o marszu w obronie demokracji i wolności mediów?

 

 Konsternacja, bezradność, nieudolność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>