Zakaz, nakaz i problem z głowy…?

Czytam, że nawet roztropni ludzie stanowczo domagają się całkowitego prawnego zakazu aborcji. Czy rozpaczliwe wołanie o ten zakaz nie jest de facto wyrazem porażki w nieskutecznym formowaniu sumień po chrześcijańsku? Czy naprawdę naszym celem musi być pełna zgodność ustaw z katechizmem? Czy w dalszej kolejności będziemy się domagać prawnego zobowiązania do postu w Wielki Piątek i zakazu zabaw hucznych w Adwencie? Jeśli parlament uchwali ustawę niezgodną lub nie w pełni zgodną z Ewangelią – taka ustawa mnie po prostu nie obowiązuje. Problem polega na tym, że część ludzi w określonych, dramatycznych sytuacjach nie chce uznać, że prawo do życia jest fundamentalnym prawem każdego człowieka, niezależnie od okresu życia i jego standardów. Moim zdaniem ostatnim, co powinniśmy czynić, jest kombinowanie, jakby tych ludzi szybko i skutecznie przymusić do zmiany zdania. Dlaczego? Bo aborcja to nie jest przedmiot sporu, w którym ścierają się dwa stanowiska, w którym można kogoś przekonać do zmiany zdania. Tak można funkcjonować w publicystyce okołaborcyjnej, ale sama aborcja to problem znacznie poważniejszy.

Aborcja to zawsze konkretny dramat konkretnych ludzi. Należałoby raczej skuteczniej, trafniej, tym konkretnym ludziom pomagać. W dramatycznych sytuacjach powinny istnieć realne warunki do dojrzewania ich przekonań w kwestii wartości poczętego życia. Dramatyczna decyzja w sprawie usunięcia nienarodzonego jeszcze dziecka nie jest skutkiem teoretycznych rozważań tylko konkretnych egzystencjalnych okoliczności (np. poczęte dziecko jest rezultatem przestępstwa albo jest ciężko upośledzone). Zmiana dramatycznych zamiarów musi wiec być rezultatem wsparcia, zbudowania poczucia bezpieczeństwa. Rodzice czy samotna kobieta muszą wiedzieć, że nie zostaną sami. Ale w takiej optyce, trzeba by tych konkretnych, potrzebujących pomocy ludzi szukać, starać się rozumieć ich egzystencjalne dramaty i im pomagać. To wymaga wysiłku, pomysłu, organizacji systemu, pewnie także pieniędzy… Jeśli politycy stworzyliby taki dobry, efektywny system wsparcia, tak skuteczny, że aborcji już wcale nie będzie, wtedy udowodnilibyśmy, że Ewangelia działa i przykazania są przestrzegane. Oczywiście, prościej byłoby domagać się skutecznego działania policji, prokuratury i sądów.

Sam ustawowy zakaz aborcji, rozumiany jako wyraz troski o nienarodzonych, byłby wobec dramatów konkretnych ludzi nieuczciwy. Jako rozwiązanie legalistyczne byłoby ono w tym sensie niechrześcijańskie, że pozwalałoby nie przejmować się trudnymi sytuacjami konkretnych ludzi. Życie jest bezwzględnie wartością największą, ale tą wartością dysponuje nie tylko człowiek nienarodzony. Przecież matka to też człowiek. Zamiast szczegółowo regulować przepisami tak wrażliwą materię, przymuszając wręcz niekiedy do heroizmu, zdecydowanie bardziej po chrześcijańsku będzie pomagać. Jeśli politycy chcieliby na serio włączyć się w proces formowania sumień i przekonań – musieliby znacznie bardziej się wysilić. Ustawowy zakaz aborcji byłby tylko działaniem fasadowym, pozorowanym, w pewnym sensie faryzejskim. Sprowadzałby się do alternatywy: przestrzeganie prawa albo kara. Karani byliby lekarze, asystujące pielęgniarki, może też kobiety poddające się aborcji (albo kobiety nie – będzie bardziej humanitarnie). Taka droga byłaby drogą mocno na skróty. Taki system mógłby przejściowo poprawić oficjalne aborcyjne statystyki, ale przecież nie wyeliminuje tego dramatycznego problemu! Uchwalenie zakazu aborcji byłoby de facto nieodpowiedzialnym umyciem rąk przez polityków: myśmy zakazali, a jeśli ktoś się nie podporządkowuje – są od tego policja, prokuratura i sądy. Za tak prymitywne wsparcie ze strony państwa – serdecznie dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>