Zapach konfesjonału

Jest coś takiego, jak pamięć wzrokowa. „Pamiętam to – jestem wzrokowcem” mówi ktoś na potwierdzenie, że widział coś już kiedyś. Podobne funkcje pamięciowe pełnią inne zmysły, węchu nie wyłączając. Czasem wydaje mi się, że miejsca, które odwiedzam po dłuższym czasie, pachną podobnie, jak niegdyś. Takie zmysłowe wrażenia miałem w konfesjonale, w którym ostatni raz spowiadałem się dawno temu. W tym miejscu nic się nie zmieniło. Nie wiem, czy to dlatego, że nie było tam malowania, czy przez lata nie zmieniano środków czystości, a może ksiądz nie zmieniał kosmetyków? Zmysły, jako wzmacniacz pamięci, są niezawodne.

Wczoraj miałem okazję uczestniczyć w pierwszej spowiedzi młodszego syna. Nie wiem, z czym jemu będzie się kojarzył ten dzień i to wydarzenie. Kiedy po wszystkim wrócił do ławki, powiedział, że wszystko w porządku tylko niewiele słyszał, parę słów, ale prawie nic. No ale spowiedź niewątpliwie była ważna. Może jej wychowawczy sens był dyskusyjny, ale była sakramentalnie ważna. I to jest najważniejsze. Głównym bohaterem pierwszej spowiedzi był nasz proboszcz. Nie jest to taki zwykły proboszcz, jacy zdarzają się w innych zwykłych parafiach. To jest taki ksiądz, który jak tylko w naszej parafii nastał, to jej dzieje zaczęły się dziać. Stara, sięgająca rodowodem średniowiecza parafia, jedna z najstarszych w mieście, przeżywała od stuleci permanentną zapaść. Jej dzieje stały w miejscu (lub się cofały), a dopiero od kilku lat zaczęły dziać się naprawdę. Zaczęły się inicjatywy, o których nikt tutaj wcześniej nie wiedział ani nie słyszał: publikacje prasowe, konkursy, wyjazdy, dotacje, inwestycje, imprezy – słowem: się dzieje, a wcześniej nie było nic. Przynajmniej tak to przeżywa w swoim umyśle pasterz naszych dusz…

Wracając do rzeczy. Zaczął ksiądz proboszcz od tego, że ochrzanił rodziców, którzy przyszli na pierwszą spowiedź przed czasem i od razu po przyjściu ustawili swoje dzieci w kolejce do konfesjonału, żeby wyspowiadały się, jako pierwsze, „żeby całą tę spowiedź można było szybko odhaczyć i wrócić do domu” – zdemaskował bezlitośnie motywacje rodziców. Ksiądz proboszcz był z tego powodu bardzo zły i nie zawahał się o tym powiedzieć. „To cwaniactwo!” – rzekł do zgromadzonych. Jego idea była inna: wszyscy mieli stawić się na 10:00, na nabożeństwie, a dopiero potem mieli losowo rozstawić się przy konfesjonałach. Z krytyką księdza dobrodzieja spotkała się jeszcze rzecz inna: jacyś ludzie, prawdopodobnie rodzice tegorocznych trzecioklasistów, zadawali mu pytania. Telefonicznie lub mailowo pytali, o której jest ta próbna spowiedź? „O przepraszam”, odrzekł był czcigodny, „jeśli to jest próbna spowiedź, to proszę sobie na próbę zajść w ciążę, to będzie próbna ciąża” – miał odparować pytającym. Waląc obuchem między oczy zdementował tym samym pogłoski, że spowiedź w ogóle może być próbna. Po kilkunastu minutach spotkania, zawiesił na chwilę głos, wytężył wzrok, spojrzał w dal i dostrzegł… matkę z trojgiem dzieci, nieudolnie pokonującą monumentalne wrota główne naszego neogotyckiego Domu Bożego. „Proszę bardzo, wstajemy wszyscy, odwracamy się, i patrzymy na spóźnialskich. Tak jest. My się umawialiśmy na 10:00, a nie na 10:13!” „Ja jestem pies na czas. No! Naprawdę! Bardzo lubię punktualność” – był łaskaw ujawnić duchowy lider naszej wspólnoty parafialnej, czym wzbudził powszechne uznanie i na nic się zdały błagania dobrodzieja o poskromienie podziwu. Gremialna aprobata dla punktualności, jako cnoty głównej naszego proboszcza i całego wszechświata, zaczęła narastać lawinowo. Westchnienia podziwu zagłuszane były gromkimi brawami. Ktoś szybkim krokiem wyszedł po kwiaty, a pomocnik kościelnego zaczął rozwijać ozdobny dywan. Siedząca obok filara korpulentna blondyna z kręconymi włosami wstała i zawołała „Alleluja!”.  A tymczasem samotna, drobna matka z trojgiem dzieci, po sforsowaniu stawiających opór wrót wejściowych, usiadła nieco zmieszana w jednej z ławek. A ksiądz prawił dalej.

Ze swojej pierwszej spowiedzi pamiętam, że to było wydarzenie ważne. Może to mało zbawienny wątek, ale właśnie taki przychodzi mi do głowy: to było ważne. Katechetka, która nas przygotowywała do pierwszej spowiedzi, cały czas zachowywała się kościele tak, jakby to było miejsce, w którym jest Ktoś ważny, ważniejszy od niej. A kiedy na próby przychodził ksiądz, on też zachowywał się tak, jakby w kościele był Ktoś ważniejszy nie tylko od pani katechetki, ale też od niego samego. To się czuło, mimo że wprost nigdy o tym nie mówili. Pokazywali to swoją postawą, stylem bycia, sposobem mówienia, zachowania się w kościele. Teraz jest inaczej. Przychodzi ksiądz, i usiłuje na wesoło przekazać dzieciom komunikat, że jest fajny. Że on – ksiądz jest fajny. Czyni to pod płaszczykiem dowcipnej rekapitulacji warunków dobrej spowiedzi. Może to jest jakiś dramatyczny, współczesny minimalizm w stylu „po pierwsze nie zniechęcać”? Może inaczej dziś nie warto mówić, bo nie te czasy…? Kiedyś każde spotkanie w kościele rozpoczynało się od przyklęknięcia i przywitania się z Panem Jezusem obecnym w tabernakulum. „Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament, teraz i zawsze i na wieku wieków, amen”. Potem było „usiądziemy, przywitaliśmy się z Panem Jezusem, teraz już nikt nie rozmawia”. I potem cała reszta. A dziś: ochrzan i wesoła opowieść.

Kiedy mój syn wrócił z konfesjonału i podzielił się kłopotem ze słyszalnością, przypomniałem sobie historię sprzed dwóch lat. Podczas pierwszej spowiedzi starszego syna, bardzo przeszkadzał mi gwar dzieciaków ustawionych przed konfesjonałami. W zasadzie to nie był gwar, tylko regularne rozmowy prowadzone szeptem, półgłosem lub zupełnie otwarcie – wg wrażliwości. Nikt na to nie reagował, mimo że w ławkach byli rodzice, a wśród dzieci także katechetki, które pilnowały… porządku. Pozwoliłem sobie zareagować. Upomniałem, przypomniałem że są w kościele, poprosiłem o ciszę. Potem starszy syn miał o to do mnie pretensje, że to dla niego wstyd, że tak się odezwałem do jego kolegów – fakt, nie uwzględniłem synowskich reperkusji towarzyskich mojego odezwania się… W każdym razie wczoraj też nie było idealnie (choć z premedytacją nie reagowałem), skoro młodszy syn niewiele słyszał z tego, co mówił do niego ksiądz przez kratki konfesjonału. Może ta pierwsza spowiedź nie powinna być zjawiskiem masowym, tylko – bo ja wiem – rodzinnym…? Do spowiedzi chodzimy raczej wg wewnętrznej potrzeby serca, a nie w gronie kilkudziesięciu koleżanek i kolegów. Pierwsza spowiedź, jako wydarzenie zbiorowe, tworzy w młodych umysłach obraz spowiedzi, który rzadko będzie później potwierdzany w osobistym doświadczeniu. Zbiorowe myślenie o udzielaniu sakramentów, czy o całym duszpasterstwie wciąż ma się u nas dobrze, ale ten styl nie ma przed sobą przyszłości. Dowodzą tego sytuacje takie, jak wczorajsza pierwsza spowiedź, ale dzieje się ich znacznie więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>