„Zasady” ważniejsze niż arytmetyka

Mam ten komfort, że co najmniej od kilkunastu już lat głosuję wyłącznie na ludzi, których – w sensie szerokim – znam. Mam na myśli osoby, z którymi się spotkałem, zamieniłem bezpośrednio parę zdań lub rozmawiałem telefonicznie, wymieniliśmy maile albo przynajmniej na FB doszło między nami do jakiegoś prywatnego kontaktu (polubienia postów się nie liczą). Na podstawie tych kontaktów jestem w stanie wyrobić sobie zdanie lub choćby wrażenie o człowieku, który miałby mnie reprezentować u władzy. Oczywiście są to zawsze osoby, o których wiem znacznie więcej, potrafię opowiedzieć o ich działalności na rzecz mojego lokalnego i regionalnego środowiska. Ale przede wszystkim – ci kandydaci są mi znani. Nie wyobrażam sobie oddania głosu na kandydata, którego nie znam, a jedynym komunikatem o jego ogólnie pojętych dokonaniach lub poglądach, miałby być szyld partyjny, pod którym występuje. Głosuję na ludzi, których znam, dzięki temu wybieram bardziej świadomie.

Podczas ostatnich wyborów doszło u nas do nietypowej sytuacji: samodzielną większość sejmową uzyskała jedna partia. Sponiewierana, wygłodniała, rządna władzy partia polityczna, która wcześnie wiele razy z rzędu przegrywała. Zabrała się więc do rządzenia w taki sposób, jakby ich obecna sejmowa większość była co najmniej oznaką poparcia większości obywateli. Tymczasem, jak wiadomo, zwycięstwo w ostatnich wyborach zapewniły im głosy jedynie niespełna 20% obywateli. Rządzący postanowili jednak ten fakt pominąć i przystąpili do rządzenia w taki sposób, jakby poglądy pozostałych ok. 80% obywateli uprawnionych do głosowania (którzy głosowali na inne partie lub nie głosowali) nie miały znaczenia. Zwycięzca bierze wszystko! Możliwe też, że przyjęli założenie, iż część z tych 80% urobią, zmniejszając przepaść między 20 a 80. Urabianie trwa. Tzw. Wiadomości TVP wykonują tytaniczną pracę na rzecz zwycięskiej partii. Rezultaty tych wysiłków są imponujące – poparcie dla rządzących lekko wprawdzie spada, ale wciąż utrzymuje się na dobrym poziomie. Dziś na zwycięską partię zagłosowałoby podobno aż 34% wyborców.

Wśród agresywnych antagonizmów, jakie dominują w poglądach i przekazach rządzących nami obecnie polityków, pojawia się też surrealistyczny wątek patriotyczny. Przekaz (w uproszczeniu) jest taki, że obecnie Polska jest rządzona bardziej patriotycznie, niż wcześniej. W przekazach medialnych utrwalił się zwrot „Polska wstaje z kolan”, co ma oznaczać stopniowy wzrost prestiżu i szacunku dla naszego kraju na arenie międzynarodowej. No i jeszcze jedno: poprzedni rządzący działali na szkodę Polski, a obecni działają dla dobra Ojczyzny. Brzmi to wszystko i wgląda coraz bardziej tragikomicznie. Wierni wyznawcy politycznych mitów pana prezesa uwierzą zapewne we wszystko, co poda im do wierzenia. Mam jednak wrażenie, że w ostatnich dniach nawet oni mogli mieć poczucie stanięcia przed ścianą. Chodzi o interpretację wyniku wyborów Donalda Tuska na kolejną część kadencji na stanowisku szefa Rady Europejskiej.

Rozumiem, że rządzący nami obecnie politycy, muszą ostatnie wydarzenia w Brukseli ukazywać, jako swego rodzaju sukces (np. sukces moralny: „zasady” są ważniejsze niż arytmetyka). Oni po prostu muszą tak mówić. Przyznanie się do dyplomatycznej porażki na szczeblu europejskim nie wchodzi w grę. Przegrana w stosunku 1:27 będzie więc sukcesem, podobnie jak katastrofa jest zamachem, i koniec. Problem w tym, że dla większości Polaków sukcesem jest w tej sytuacji nie „1”, a „27”, czyli wybór Donalda Tuska, a nie niezrozumiały sprzeciw polskiego rządu. To jest poczucie sukcesu tak naturalne, że nawet trudno je jakoś finezyjnie uzasadniać. Jeśli Polak, nasz człowiek, może zostać wybrany do objęcia ważnego stanowiska we władzach Unii Europejskiej, to lepiej dla nas, żeby je objął – to będzie na pewno w jakimś zakresie (choćby i wizerunkowym) dobre dla Polski, dla naszego państwa. Rozumiem, że część rodaków może nie darzyć sympatią Donalda Tuska i w związku z przedłużeniem jego kadencji to się wcale nie musi zmieniać. Wypada natomiast uwzględnić, że żyjemy w ramach Unii Europejskiej. Międzynarodowa wspólnota działa wg zasad, wśród których dominuje zasada podejmowania decyzji poprzez porozumienie: część decyzji zapada jednomyślnie, część przez uzyskanie zwykłej większości głosujących, jeszcze inna cześć przez uzyskanie takiej większości głosujących, która reprezentuje jednocześnie większość obywateli Unii Europejskiej. Być może są jeszcze inne mechanizmy podejmowania decyzji, nie wiem. Na takie zasady się zgodziliśmy, takich zasad od 1 maja 2004 r. trzymaliśmy się. W ostatnich dniach okazało się, że są jeszcze inne „zasady”, które są ważniejsze niż unijne traktaty. W imię tych „zasad” Donald Tusk nie powinien zostać wybrany na drugą część kadencji. O jakie zasady chodzi – trudno ogarnąć.

Rządzący chcieliby, aby styl, w jakim rządzą naszym krajem, został uszanowany na forum europejskim. Oczywiście uszanowany nie został, bo uszanowany być nie może. 27 krajów unijnych to nie jest jakaś mega-opozycja, z którą PIS, przy pomocy tego czy innego Piotrowicza – Misiewicza zrobi, co zechce. To 27 suwerennych krajów, których współpracę sprawnie koordynuje, cieszący się zaufaniem ich przywódców, Donald Tusk. Oni wszyscy na niego zagłosowali m.in. dlatego, że go osobiście poznali. Jego styl i jego kwalifikacje uznali unijni przywódcy za odpowiednie do koordynowania swojej pracy w ramach Rady. Nie Jacka Saryusz – Wolskiego, nie Szydło, nie Waszczykowskiego, nie Dudy, nie Kaczyńskiego, tylko Donalda Tuska. Oni jemu ufają i chcą z nim nadal współpracować. Mało tego. Okazało się, że zaufanie, jakim 27 przywódców unijnych państw darzy Tuska, jest dla nich ważniejsze niż relacje z polskim rządem. Polski rząd w tej rozgrywce okazał się skrajnie nieudolny – na własne życzenie poniósł bezsensowną porażkę. Kandydatura Tuska uzyskała niemal doskonały konsens wszystkich państw. Wszystkich, za wyjątkiem Polski, bo u nas interes partyjny rządzących okazał się ważniejszy niż interes naszego państwa.

Przykro słuchało się słów wypowiedzianych przez panią premier na lotnisku po powrocie z Brukseli: dziękowała za wsparcie prezesowi i komitetowi politycznemu swojej partii. Zabrzmiało to tak, jakby udała się do Brukseli realizować interesy swojej partii… Jej partia uzyskała w wyborach samodzielną większość, to nie podlega dyskusji. Ale czy w naszej szerokości geograficznej wynik demokratycznych wyborów na pewno oznacza podporządkowanie państwa, także w wymiarze relacji międzynarodowych, partykularnym interesom zwycięskiej partii? Unijni przywódcy wysłali jasny sygnał, że takie podejście jest niepoważne. Jestem przekonany, że większość z nas myśli podobnie. Byle do wyborów! I oby były jeszcze bardziej świadome.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>