Zmiany w katechezie szkolnej czyli zwracanie Wisły kijem

W ciągu kilku- kilkunastu ostatnich dni starałem się ze szczególną uwagą śledzić pojawiające się w mediach (głównie elektronicznych) wypowiedzi na temat finansowania katechezy szkolnej. Waleczna grupa obrońców światopoglądowej wolności zabiera się z rozmachem za uporządkowanie kwestii obecności religii w szkole. Są to ludzie na wysokim poziomie świadomości, wiedzący że usunięcie religii ze szkół nie jest możliwe, dlatego zgłaszają bardzo precyzyjny postulat zmiany systemu finansowania nauki religii: zamiast przez państwo miałaby być katecheza finansowana przez Kościół. Pod – jakby nie patrzeć – nośną medialnie inicjatywę inicjatorów podpinają się rozmaitej maści komentatorzy, publicyści, a nawet politycy, którzy sprowadzając nieraz całą inicjatywę do absurdalnych żądań, wyświadczają inicjatorom niedźwiedzią przysługę.

Nie popieram proponowanych zmian. Wręcz przeciwnie – jak napisałem parę dni temu, opowiadam się za pełną i ostateczną integracją katechezy z systemem publicznej oświaty. Mam na myśli katechezę prowadzą przez każdy z Kościołów i związków wyznaniowych. Bo wbrew pozorom Kościół katolicki nie dzierży w tej dziedzinie monopolu. Wbrew pozorom obecny status katechezy wcale nie jest dany na wieki i niewzruszony. Jak wyczytałem na portalu www.liberte.pl nowsze badania (CBOS) mówią, że wprawdzie 82% Polaków nie rażą lekcje religii w szkołach ale jednocześnie większość badanych jest przeciwko wystawianiu stopni z religii (oceny są powszechne), większość jest przeciwko wliczaniu ich do średniej ocen (obecnie oceny klasyfikacyjne z religii są wliczane do średniej), większość jest też przeciwko zdawaniu matury z religii (obecnie nie ma takiej możliwości). W roku 2013 ten sam instytut ogłosił badanie, z którego wynikało, że tylko 51% Polaków jest za religią w szkołach, natomiast aż 43% jest za religią w salkach katechetycznych (w roku 2007 wskaźniki te wynosiły odpowiedni 72% i 24%). Postanowiłem więc przyjrzeć się uważniej głosom popierającym postulat zmiany finansowania katechezy i głosom towarzyszącym i wyłowić z tego chóru najbardziej nośne argumenty. Prezentuję je poniżej wraz z subiektywnym komentarzem.

Gazeta Wyborcza

To sprzeczne z logiką, żeby państwo wydawało pieniądze na zajęcia, nad którymi nie ma kontroli.
To fakt, system oświaty nie kontroluje programowo zajęć z religii – każdy z Kościołów posiada pełną autonomię programową, układa więc własne programy nauczania, które – o ile wiem – jedynie podaje do wiadomości MEN. To samo jednak od paru lat obowiązuje w szkołach: nauczyciele sami wybierają (niektórzy nawet piszą!) programy na podstawie tzw. podstawy programowej, którą opracował MEN – programów nauczania innych przedmiotów też więc MEN w szczegółach nie kontroluje. Podobnie ma się sprawa z podręcznikami do religii – nie podlegają kontroli MEN. Faktem jest też, że hospitacje lekcji religii (obserwowanie lekcji przez dyrektora) są różnie realizowane: jedni dyrektorzy twierdzą, że mogą je hospitować i to czynią, inni – cedują ten obowiązek na wizytatorów delegowanych przez związek wyznaniowy (w przypadku Kościoła katolickiego – przez wydział katechetyczny kurii diecezjalnej). Jestem za tym, żeby państwo w pełni zintegrowało status katechezy szkolnej z innymi przedmiotami w każdym obszarze jej funkcjonowania.

Umożliwianie nauki religii – TAK, organizowanie nauki religii – NIE.
Błyskotliwy argument. Szkoda tylko, że inicjatorzy akcji nie dostrzegają, że w istocie tak właśnie działa system, który chcą zmieniać. Nauczanie religii jest organizowane wyłącznie na życzenie rodziców. Kiedy grupa rodziców, często tożsama z oddziałem (klasą), wyraża wolę udziału dziecka w katechezie – wtedy dyrektor wprowadza do planu zajęć w danej klasie katechezę, a uczniowie w niej uczestniczą. Jasne, że w większości szkół religia organizowana jest niejako automatycznie, dyrektor bazuje na założeniu (opartym wszak na doświadczeniu), że większość wyrazi wolę udziału w katechezie. Sęk w tym – że te założenia są prawdziwe: większość co roku wybiera katechezę. Czy naprawdę większość czyni to pod presją Kościoła? Nie wiem, szczerze wątpię, raczej większość wybiera to, czego chce, czyli religię. Wyobrażam sobie cenne inicjatywy, które idą na przekór woli większości ale ta konkretna do złudzenia kojarzy się w zawracam Wisły kijem.

Newsweek

Problemy techniczne związane z organizacją religii i etyki stawiają w gorszej sytuacji uczniów, którzy nie uczestniczą w katechezie.
Chodzi o to, że kiedy w 25-osobowej klasie znajdą się np. 2 osoby, które wybrały etykę, to w czasie, kiedy 23 osoby idą religię, te 2 nie idą na równoległą etykę. Idą na świetlicę albo do biblioteki na zajęcia opiekuńcze, czyli na tzw. przeczekanie. Problemu na pewno nie byłoby, gdyby podział katecheza/etyka był bardziej proporcjonalny, taki jak występuje np. w grupach językowych, grupach WF albo innych zajęciach, na których klasy dzielone są na grupy. W przypadku tak daleko posuniętej dysproporcji – nie będzie innej możliwości, jak organizowanie etyki w grupach międzyklasowych i umieszczanie jej w planie w innym miejscu. Ten problem nie wynika jednak z bezkompromisowej postawy Kościoła, tylko z woli rodziców, którzy w ogromnej większości zapisują dzieci na katechezę. Jeśli istnieją szkoły, w których to etyka jest w większości, w proporcji podobnej to tej z przykładu wyżej – założę się, że sytuacja jest wówczas lustrzanym odbiciem problemu: katolickie rodzynki idą do świetlicy, podczas gdy pozostali na planowe lekcje. Zgadzam się, że międzyklasowa etyka organizowana np. po ostatniej „lekcji planowej” nie powinna nakładać się na inne zajęcia.

Katecheci prowadzą zajęcia z religii na zastępstwach za innych nauczycieli.
Problem polega na tym, że w klasie mogą być wówczas uczniowie, którzy nie uczestniczą w katechezie. Ten temat musi jednak być rozwiązywany na poziomie każdej szkoły – w zakresie realizacji zastępstw powinny obowiązywać jednorodne zasady. Jeśli przyjmiemy, że realizujemy na zastępstwach swoje przedmioty – wówczas katecheta zastępując matematyka także prowadzi religię, a uczniowie – wiedząc o tym i nie chcąc przebywać w tym czasie w klasie – udają się np. do biblioteki. Jeśli szkoła przyjmie, że na zastępstwach nauczyciele realizują np. zajęcia ujęte w programie wychowawczym lub inne interdyscyplinarne zagadnienia – wówczas katecheci, wpisując się w przyjęte zasady – nie prowadzą zajęć z religii, a uczniowie w komplecie uczestniczą w zajęciach. Ten temat nie nadaje się na argument w szerokiej debacie, bo uporządkowanie tego wątku leży w kompetencjach każdej rady pedagogicznej.

W salkach katechetycznych była bardziej odpowiednia atmosfera do nauczania religii.
Słuszność tego argumentu zależy w dużej mierze od filozofii nauczania religii w szkole, innymi słowy: czy w ramach katechezy organizujemy bardziej nabożeństwa międzylekcyjne czy bardziej zajęcia edukacyjne. Jeśli pobożny katecheta ma wolę prowadzenia zajęć szkolnych w sposób bardzo uduchowiony, na pewno będzie mu to policzone na plus, zarówno przez uczniów, jak i przez dyrekcję. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że tego typu wstawka między rozwiązywaniem zadań z fizyki a analizą poezji Leśmiana będzie wyglądać egzotycznie. Na bardziej modlitewne formy pracy jest zawsze miejsce przy parafii. Katecheza szkolna, ujęta w szkolnym planie lekcji, to jednak zawsze lekcja, która aby była efektywna, musi być prowadzona profesjonalnie pod względem merytorycznym i metodycznym. Język polski prowadzony w przydymionej kawiarni, w formie odczytów poetycko – filozoficznych i rozmów o niszowych trendach kulturowych też odbywałby się w ciekawszej atmosferze. Kto jest za j. polskim w klubach?

Leszek Jażdżewski

Łączny wymiar godzin religii na wszystkich etapach edukacyjnych wynosi 560h, to więcej niż wymiar geografii, historii czy biologii.
To prawda ale nie jest to argument przeciwko finansowaniu katechezy w szkole. Faktem jest, że religia w każdym etapie edukacyjnym, od przedszkola – zdaje się – poczynając, występuje w siatce godzin w wymiarze 2h/tydzień, podczas gdy np. geografia w gimnazjum w wymiarze czasem 1h/tydzień czasem 2h. Wniosek o konieczności wstrzymania finansowania religii z budżetu jest mało powiązany z walką o zwiększenie liczby godzin biologii. A może zmniejszyć (o 1) liczbę WF-ów w tygodniu?

Treści nauczania na katechezie szkolnej nie maja nic wspólnego nauką – służą formowaniu wyznawców.
Argument prawdziwy tylko w części, konkretnie – w drugiej części (formowanie). Prawdą jest, że gdzieś wśród celów szkolnej katechezy jest formacja chrześcijańskich serc i umysłów, w jakim stopniu ten cel przyświeca każdej konkretnej katechezie – trudno powiedzieć. Podobnie jest jednak na matematyce: każde rozwiązywane zadanie ma na celu uformować umysł do logicznego myślenia i samodzielnego rozwiązywania podobnych problemów. Podobnie jest na chemii, gdzie spektakularne doświadczenia mają na celu rozbudzić i ukształtować ciekawość poznawczą uczniów. Katecheza z tym podtekstem formacyjnym, nie jest więc szkolnym ewenementem. Zarzut, w myśl którego treści nauczania na katechezie nie mają niczego wspólnego z nauką, świadczy wyłącznie o ignorancji inicjatorów albo – co może jednak bardziej prawdopodobne – o cynicznym szukaniu poparcia w tej części społeczeństwa, która – nie zadając sobie trudu weryfikacji tego typu przekonań – myśli podobnie. Teologia jest bardzo uporządkowaną nauką, która – owszem – zderza się w niektórych obszarach z Tajemnicą ale podobne wyzwania stoją przez kosmologami, fizykami kwantowymi i wieloma innymi branżami. Na katechezie przedszkolnej można wyobrazić sobie kolorowanie anioła ze skrzydłami i opowiadanie o stwarzaniu świata w 6 dni ale w szkole średniej te same tematy wyglądają już zupełnie inaczej. Czy nie tak samo postępuje się w nauczaniu każdego szkolnego przedmiotu, dopasowując treści nauczania do możliwości poznawczych uczniów?

Przeniesienie nauczania religii do salek katechetycznych sprawi, że na katechezę uczęszczać będą jedynie ci zainteresowani nauką Kościoła.
Prawdą jest, że część uczniów może dziś traktować religię w szkole jako narzędzie do podwyższenia średniej ocen albo do przepisania nieodrobionego zadania z innego przedmiotu albo jako czasoprzestrzeń swoistej rozrywki. Korzyścią obecnego modelu jest jednak możliwość dotarcia z przekazem do szerokiej grupy odbiorców, w tym także tych, którzy z Kościołem nie będą mieli w życiu wiele wspólnego. Katecheza szkolna – zwłaszcza w szkołach średnich – bywa ostatnią okazją, aby zwrócić ich uwagę i zainteresować tematyką wiary. Do salki zapewne nie przyszliby, w szkole są. Czasem katecheci skarżą się, że niektórzy pojedynczy uczniowie przychodzą na religię nie dlatego, że poszukują w wierze albo są zainteresowani nauką Kościoła, tylko po to, żeby przeszkadzać. Trudno mieć nadzieję, że ci uczniowie na pewno nie przyszliby na katechezę przy parafii i na tej nadziei opierać domniemanie, że w salkach katechetycznych te problemy katechezy szkolnej zniknęłyby samoistnie. Wiele zleży od katechety.

Katarzyna Lubnauer

Wolność światopoglądowa wymaga pełnej dyskrecji w sprawie przekonań religijnych lub ich braku.
To argument stary i mocno już zgrany. Oparty o takie rozumienie wolności, które w uproszczeniu definiuje ją jako „wolność od”. W wolnym kraju, np. w okresie Bożego Narodzenia, mam prawo być wolnym od wszelkich przejawów religijności, bo nie podzielam chrześcijańskich wartości i nie celebruję tych tradycji. Taka wolność, to światopoglądowa pustka, którą zagospodarowuję wg własnego uznania. Jest jednak jeszcze inna intuicja wolności, definiowana w uproszczeniu jako „wolność do”. Polega na tym, że zachowuję dostęp, a nawet jakiś rodzaj przywiązania do wielu różnorodnych możliwości i sam decyduję co i w jakim wymiarze będzie związane z moim życiem. Rozsądni ludzie raczej dostrzegają różne dynamiczne warianty wolności („od…” i „do…”) zamiast absolutyzować tylko jeden z nich. Absolutne przywiązanie do „wolności od” może być nawet społecznie niebezpieczne.

Uwolnienie środków finansowych przeznaczanych na finansowanie nauczania religii pozwoli doinwestować szkołę.
O ile wiem autorka tej argumentacji jest pracownikiem naukowym wyższej uczelni – specjalizacja: matematyka. Polemika z p. Lubnauer na temat liczb byłaby dla mnie ryzykowna o ile nie samobójcza. Nie mniej chcę zauważyć, że tak jak uzyskanie oszczędności w jednym dziale nie oznacza automatycznego dobrostanu w całej firmie, tak samo hipotetyczna rezygnacja z finansowania religii nie oznaczałaby rozwiązania problemów polskiej oświaty. Mam wrażenie, że taki kierunek doskonalenia systemu to ślepa uliczka. Bo dlaczego nie rozważyć potem podobnych kroków wobec innych rodzajów zajęć, które można by przeformułować, ograniczyć albo zlikwidować. Przykład języków obcych, jako bloku przedmiotów, którego wymiar należałoby zwiększyć, jest trafny. Dlaczego jednak kosztem religii? Proponuję powrócić do dwóch (zamiast 4) godzin WF tygodniowo – żadne badania nie dowodzą, że zwiększenie liczby godzin WF wpłynęło korzystnie na stan zdrowia młodzieży szkolnej.

Ocena z przedmiotu „religia/etyka” wlicza się do średniej ocen, a więc o przyjęciu do wymarzonego LO, może decydować to, czy ktoś jest katolikiem.
To fakt, jeśli ktoś ma same piątki z 12 przedmiotów i dojdzie mu do tego „6” z religii, to średnia zaokrągla się lekko w górę. Jeśli na świadectwie w rubryce „religia/etyka” pojawi się pozioma kreska, wówczas faktycznie można trochę stracić na tej kresce. Sęk w tym, że tej kreski tam wcale być nie powinno. Prawo w tym zakresie jest bardzo precyzyjne: ma się tam znaleźć ocena ze szkolnej katechezy albo z katechezy organizowanej przez szkołę ale realizowanej w międzyszkolnym punkcie katechetycznym (dotyczy mniejszych Kościołów i związków wyznaniowych) albo ocena z etyki. W przepisach przyjęto założenie, że jeśli ktoś nie chodzi na religię (jakiegokolwiek wyznania) to chodzi na etykę i ta etyka jest faktycznie organizowana. Jeśli ktoś mimo to dostaje na świadectwie „kreskę” – ewentualne pretensje powinien zgłaszać wychowawcom, gdyby nie wpisali przekazanej im oceny na świadectwo albo dyrektorom szkół, gdyby nie zorganizowali etyki, choć mają taki obowiązek. Z katechezy organizowanej przez związek wyznaniowy poza szkołą, uczniowie przynoszą uzyskane tam oceny klasyfikacyjne (zwykle „5″ lub „6″), które wychowawca wpisuje na świadectwo. Kreska, a tym samym dyskryminacja części uczniów, nie powinna mieć miejsca, a jeśli ma – to wyłącznie z przyczyn organizacyjnych leżących po stronie szkoły, o ile rodzice lub pełnoletni uczniowie dopełnią spoczywających na nich formalności, czyli przekażą szkole stosowne informacje.

Piotr Szumlewicz

Aby państwo traktowało równo wszystkich obywateli powinno się odejść od nauczania zarówno religii, jak i etyki i wprowadzić w ich miejsce filozofię.
Autorowi chodzi o to, aby uczniowie mogli poznać wszystkie systemy od Platona przez Jezusa na Karolu Marksie kończąc. Na tle innych argumentów ten wydaje się bardzo oryginalny, wręcz salomonowy. Sam bym mu przyklasnął, gdyby nie fakt, że wprowadzenie do szkół filozofii jest możliwe także bez usuwania religii i etyki. Ten kierunek doskonalenia oferty szkół nie musi rozwijać się na zgliszczach tego co było wcześniej. W argumencie zawarty jest podtekst, w myśl którego obecność religii i etyki w szkole utrudnia uczniom swobodny i intelektualnie uczciwy rozwój, z czym trudno się zgodzić. Jednocześnie potwierdzam, że dla niektórych związków religijnych (Świadkowie Jehowy) etyka – o religii nie wspominając – jest uważana ze ciąg błędów, które popełniali myśliciele minionych wieków, a oni, chcąc swoje dzieci przed tymi błędami chronić, nie posyłają ich ani na religię ani na etykę. Jestem przekonany, że generalny pogląd Świadków Jehowy na całe stulecia rozwoju filozofii nie jest jednak reprezentatywny dla większości społeczeństwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>