Życie na pełnej petardzie

Nakładem wydawnictwa WAM ukazała się książka – rozmowa Piotra Żyłki z ks. Janem Kaczkowskim, słynnym ‘onkocelebrytą’, zatytułowana „Życie na pełnej petardzie czyli wiara polędwica i miłość”. Dla niewtajemniczonych (gdyby tacy byli): głównym bohaterem jest ksiądz katolicki, miłośnik posługiwania chorym, który 3 lat temu sam zachorował na raka nerki. W trakcie (udanego) leczenia wykryto mu paskudnie rokujący nowotwór mózgu (glejak), z którym wg lekarzy miał żyć ok. 6 miesięcy, a żyje już blisko 4 razy dłużej. Zaczyna być znany z tego, że choruje na tego raka (stąd – jak sam to wymyślił – „onkolebryta”). Leczy się intensywnie ale przede wszystkim z zapałem posługuje chorym – podobnie jak on sam, chorym nieuleczalnie. Założył, prowadzi i stara się rozwijać hospicjum w Pucku na pomorzu. Chyba bardziej powierzchownie nie da się opisać życia i działalności tego człowieka. Nie to jest jednak celem wpisu lecz refleksja na marginesie książki. Zacznę od konkluzji: po tę pozycję trzeba sięgnąć – kto jej nie przeczyta pozbawi się unikalnego, konstruktywnego spojrzenia na najważniejsze w życiu sprawy. Sam nie wykombinowałbyś, że tak to można opowiedzieć, nazwać, zrobić – a on tak właśnie działa: ks. Jan Kaczkowski.

Dotychczasowe moje medialne kontakty z ks. Kaczkowskim – choć zdecydowanie zauważalne – były bardziej niż sporadyczne, a swoją kulminację miały w jednym z programów „Tomasz Lis na żywo”. Ks. Jan dał się w nim poznać, jako mądry facet, któremu sutanna nie przeszkadza w byciu przede wszystkim człowiekiem. W książce, którą przeczytałem w ciągu jednego dnia (246 stron napisów!), wypadł jeszcze bardziej ciekawie. Obok osobistych wspomnień rodzinnych, opowiada ze swadą o seminarium, kapłaństwie, choróbsku, które go trapi, o swoich chorych. Przede wszystkim jednak daje budujące świadectwo swojej wiary. W tych wszystkich zanotowanych wypowiedziach dowodzi autentyczności swojej osobistej relacji z Bogiem. To nie jest zlepek cytatów z pobożnych książek, to jest przemyślane, przeżyte, przemodlone świadectwo. W tym wymiarze książka jest najlepsza! To lektura obowiązkowa przede wszystkim dla poszukujących pomysłów na siebie licealistów, dla kleryków, którzy myślą że mają powołanie, w ogóle dla ludzi poszukujących sensu. Facet, który to wszystko opowiada, sens życia odnalazł – i czytelnik co do tego nie ma wątpliwości. Momentami można odnieść wrażenie, że ks. Kaczkowski to polski wariant osobowości, która we Francji nazywa się ks. Guy Gilbert. Panowie w podobnie radykalny sposób wcielają Ewangelię w codzienne życie ale ks. Jan robi to jednak lepiej, a ponadto jest młodszy, lepiej się ubiera i ma lepszą niż ks. Gilbert fryzurę.

Humor jest w tym miejscu wcale nie od rzeczy. Sam ks. Kaczkowski mówi miejscami takie rzeczy i w taki sposób, że trudno nie wybuchnąć śmiechem. Dowcip nie jest oczywiście w stanie zagłuszyć cennych refleksji, które tym sposobem rozmówca jedynie ilustruje. Zgrabnie je wyostrza, podkreśla, pomaga zrozumieć. Dowcip ks. Kaczkowskiego jest bardzo pedagogiczny – bo to w ogóle genialny pedagog jest! W książce napisano, że miał kiedyś zakładać szkołę ale jacyś źli ludzie mu nie pozwolili i chcieli go zniszczyć. Trudno z całą pewnością przesądzać, co byłoby gdyby, ale po lekturze „Życia na pełnej petardzie” obstawiam, że ks. Jan byłby równie błyskotliwym „EDUcelebrytą”. Jest nim w zasadzie, tylko o tym nie wie. Walory edukacyjne książki odsłaniają się w każdej jej części. Kiedy prowadzi czytelnika przez osobowości swoich autorytetów, kiedy odsłania meandry bioetyki, teologii moralnej, liturgii, nauki o Kościele, kiedy dyskretnie portretuje swoją rodzinę. Nigdy przy tym nie popada w akademicko – homiletyczne zadęcie, w którym duchowny mówca traci zwykle kontakt z odbiorcą i wcale się tym nie przejmuje, albo co gorsza, wcale tego nie zauważa. Ks. Kaczkowski uczciwie dialoguje z czytelnikiem, prowadzi go, dzięki czemu ten nigdy się nie gubi. No pedagog całą gębą!

Temat, który najmocniej utkwił mi w pamięci, dotyczy spowiadania i spowiada się. Występuje w kilku miejscach w książce. Bez ujawniania tajemnicy spowiedzi przytacza ks. Jan przykłady budujące i żenujące, rysując przed czytelnikiem rzeczywistość, której istnienia mógł nawet nie podejrzewać. Jak bardzo różni się wizerunek „potocznej” spowiedzi od tego, o czym pisze ks. Kaczkowski dowiedzą się ci, którzy po tę książkę sięgną. Czytelne, branżowe sugestie dla spowiedników nie ustępują pedagogizacji penitentów – więc warto!

Ludzi tak entuzjastycznie uwikłanych w sprawy innych ludzi – ze świecą szukać. Ks. Jan nie celebruje swojego pisania, mówienia, swojego chorowania, swojego zarządzania hospicjum. Jakość jego opowieści wynikać może z tego, że jak wiele na to wskazuje, niewiele czasu mu zostało. Treści i formy, w których się wypowiada, dobiera więc roztropnie. Złapałem się na takim rozproszeniu w czasie lektury: jak ja sam pisałbym tego niszowego bloga, wiedząc, że zostało mi 6 miesięcy życia? Czy w ogóle pisałbym? Ks. Kaczkowski mniej sam pisze, więcej za to czyni, a tak w ogóle – zaraża energią. Tytułowa „petarda” wyjątkowo trafnie oddaje energetyczną, kilkugodzinną sesję, jaką jest lektura tej książki.

Jest jeszcze jeden budujący wymiar tej znakomitej książki. Ks. Jan Kaczkowski prezentuje kapłaństwo, w wydaniu bardzo radykalnie ludzkim. Czuje się w każdym miejscu, że to jest przede wszystkim człowiek, jeden z nas. Trochę mądrzejszy i bardziej wygadany ale jednak taki sam jak ty i ja. Stara się, zgodnie ze złożonym ślubem, aby swój czas wolny spędzać z Panem Bogiem. Dlatego, kiedy stojąc na światłach jedni dłubią w nosie, inni się malują, on śpiewa suplikacje. Jak zwykły człowiek przeżywa ludzkie rozterki, także jako celebrans, i do bólu uczciwie się do nich przyznaje. O niektórych innych księżach mówi, że są przyzwoici, wierzący, a o innych tego nie mówi. Czasem bywa zdrowo antyklerykalny. Jego kapłaństwo nie zrodziło się ze splotu cudownych okoliczności ale z myśli, która przyszła mu do głowy podczas jednej z mszy: „albo to są jakieś wielkie jaja, albo coś w tym jest”. To nie tylko człowiek, który został księdzem ale przede wszystkim jednak ksiądz, który pozostał człowiekiem. Gatunek pod ścisłą ochroną!

Smutnym motywem książki, który wybrzmiewa pod koniec, jest konwencja testamentu. Ks. Jan Kaczkowski dołączył do tej publikacji – zapewne na wszelki wypadek – posłowie, w którym przeprasza, prosi, dziękuje… Po pierwsze w tym wieku nie pisze się testamentów. Po drugie, bardzo chciałbym, żeby „petarda” nie była jego ostatnią książką, zwłaszcza że jak sam przyznał, jest neurologicznie stabilny. Do tego – co potwierdza lektura – jest też intelektualnie rozwojowy, emocjonalnie poukładany i duchowo – mocny!

Książka do kupienia: www.wydawnictwowam.pl.

Komentarze

  1. Maj 16, 2015

    Gospodarz Odpowiedz

    Małe dopowiedzenie: https://youtu.be/U8YVQmHjyaM – tych słów nie ma w książce, choć mieszczą się tematycznie w jednym z rozdziałów. Warto zobaczyć!

    • Maj 17, 2015

      Dorota Odpowiedz

      Pan Piotr Żyłka to wlasciwa osoba do takiej rozmowy z ks.Janem.
      Bardzo podoba mi sie w calej ‚Petardzie’ Jego dociekliwosc i to, ze wiedzial dokladnie o co pytac.
      To co mowi ks.Jan w tym fragmencie na początku jest jednak dyskusyjne… ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>